27 tygodni, 192 dni, 4608 godzin, czyli finał azjatyckiej podróży

Tajlandia, wbrew kolorowym, promocyjnym broszurom pełnym permanentnych uśmiechów, pierwszy raz przywitała nas brutalnie. Na głębokie południe przyjechaliśmy z Malezji, przemoczeni deszczem i przewiani autobusowymi wiatrakami. W mokrym Hat Yai napotkaliśmy ponure i niechętne twarze. Na dworcu nikt nie był pomocny, a kierowca tuk-tuka postanowił zedrzeć z nas jak najwięcej. Kelnerki w ponurym hotelu zasypiały nad gazetą i nie chciało im się do nas ruszyć, pracownik recepcji zbył moje prośby o wskazanie owocowych straganów, a sprzedawczyni horrendalnie drogiego sticky rice z mango rzuciła w moją stronę pieniądze, kiedy zrezygnowałam z zakupu. I tak dalej… Złe wrażenia udało się zostawić gdzieś po drodze, jednak mimo wielu pozytywnych doświadczeń między nami a Tajlandią nie zaiskrzyło.

Tym razem wkraczamy do kraju od północy, naładowani laotańskim luzem, przesyceni pięknymi krajobrazami, pogodni i zadowoleni. Po półtora miesiąca w Laosie, w Tajlandii czujemy się jak dzicy wkraczający do cywilizacji. Szokują nas plakaty, Tesco, 7eleven i bankomaty na każdym rogu. Nocujemy w uroczym guesthousie z przyjaznymi właścicielami. Marcin krzyczy z łazienki: “Ania, tutaj gorąca woda tryska ze ściany!” Następnego dnia przypadkowy kierowca zgarnia nas z drogi na pakę swojego pick-upa i zawozi na dworzec. Próbujemy różnych przekąsek i chichoczemy wraz ze sprzedawcami na bazarze. Dwukrotnie zostajemy na ulicy zatrzymani z pytaniem, czy wszystko w porządku i czy nie potrzebujemy pomocy. Kierowcy tuk-tuków są fajni i uczciwi. I tak dalej… Ależ mili ci Tajowie!

20140405-IMGP5152-on the bus to chiang rai

20140409-IMGP5189-chiang mai marcin

20140409-IMGP5186-chiang mai flowers

20140409-IMGP5192-chiang mai tuk-tuk driver

Chiang Kong, Chiang Mai, Chiang Rai – nasz lot do domu jest już zabukowany, więc przez północ przemykamy do Bangkoku w tydzień. Nie mamy czasu, żeby pojechać dalej od cywilizacji, a miasta okazują się mało inspirujące. Mimo przemiłych ludzi, nadal nie możemy się do Tajlandii przekonać. Nasze zniechęcenie przekłada się na odbiór kraju. Zostaliśmy rozpieszczeni innymi wspaniałymi miejscami w podróży i nie chcę nam się tutaj kopać głębiej, żeby dotrzeć do skarbów. To, co widzimy na pierwszy rzut oka jest produktem turystycznym, pełnym pozbawionych charakteru barów i knajp. Liczne biura oferują miks doświadczeń przerobionych na gotowe produkty – kobiety z długą szyją, Akha, słonie, kurs gotowania, visa run, bilety, świątynie. Wybierz, zapłać, zalicz.

20140409-IMGP5183-chiang mai touristic experience

Po raz kolejny przekonujemy się, że nasze doświadczenia są mocno zależne od naszego postrzegania świata. To my decydujemy, na czym skupimy naszą uwagę, przyciągając w ten sposób określone wydarzenia i ludzi. Jeśli sądzisz, że ludzie są głupi, takich głównie będziesz spotykać na swojej drodze. Jeśli sądzisz, że świat jest niebezpieczny, słyszeć będziesz przede wszystkim historie przestępstw i wypadków. Jeśli boisz się spełnić swoje marzenia, zobaczysz tylko osoby, które spróbowały i odniosły porażkę. I tak dalej.

Kuchnia północy jest pikantna i ciężka – gęsta zupa z kostkami skoagulowanej krwi wieprzowej, kiełbasa z fermentowanej wieprzowiny, sałatka z wieprzowiną gotowaną. Wykończeni upałem i przesyceni nowymi smakami nie mamy wielkiego zapału do testowania kolejnych dań. Jemy mniej, czasem idziemy do wietnamskiej knajpy. Myślę o polskim chlebie, maśle, serze i kiszonych ogórkach, o naszych pysznych słodko-kwaśnych owocach. Tropikalne smaki dostępne każdego dnia przestały nas już tak ekscytować. To znak, że przekroczyliśmy dopuszczalną dawkę wrażeń i czas na powrót.

20140405-IMGP5162-Pa Nual Restaurant Chiang Rai

Przez ostatnie pół roku widzieliśmy zbyt wiele świątyń, zjedliśmy więcej niż mieszczą nasze żołądki, codziennie przełamywaliśmy bariery językowe i kulturowe,  przeszliśmy na piechotę setki kilometrów, przejechaliśmy tysiące. Trudno opisać słowami, jak wspaniała była nasza podróż i jesteśmy z siebie dumni, że zdecydowaliśmy się na ten krok.  Że daliśmy sobie tyle wspólnego czasu, przestrzeni na zastanowienie się kim jesteśmy i czego chcemy, na zobaczenie rzeczywistości z tak wielu różnych perspektyw. Smutno nam jest to kończyć, ale jednocześnie chcemy zrobić miejsce na nowe.

W Bangkoku witamy się ponownie z pewną wspaniałą kobietą. Jest czas na wspólne filmy, lenistwo, posiłki i rozmowy na balkonie.

20140411-IMGP5202-bangkok garden

20140411-IMGP5206-pad thai

20140411-IMGP5204-stir-fry with century egg

20140411-IMGP5235-bangkok park

Obcowanie z Anią odciąga moją uwagę od nieodwołalnego: wracamy. Czas przybić do portu, dać zmysłom i ciału odpocząć, uzupełnić zapasy i nareperować szkody, przećwiczyć to, czego się nauczyliśmy. Przez pół roku w drodze byliśmy podekscytowani, zmęczeni, zniechęceni, szczęśliwi, pełni zapału, euforyczni, pogodni, spokojni, zrównoważeni. Kiedyś wielokrotnie myśleliśmy o wyprowadzeniu się z Polski albo etacie podróżnika. Teraz zdarzało nam się myśleć, że już się nasyciliśmy, że już mamy dość, ale wtedy przychodził po raz kolejny czas zachwytu i radości z samego bycia w drodze. Dziś czujemy wyraźnie, że podróżować będziemy zawsze, ale zawsze też chcemy wracać. Po 192 dniach w podróży, lecimy do Domu.

20140413-IMGP5246-moscow airport

Ciąg dalszy nastąpi.

(Visited 76 times, 1 visits today)

2 Comments

  1. wysrodkowani.pl | Gośka July 5, 2018 at 12:49 pm

    Ja mam dokładnie tak samo. Też wiem, że zawsze będę chciała podróżować, ale powroty do domu są super 🙂 Pozdrawiam 🙂

    Reply

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *