All is well in Albania

Ach ta Albania… Jesteśmy tu po raz drugi i przez ostatnie 8 lat bardzo dużo zmieniło się na lepsze. Tym razem, mając już jakieś pojęcie o kraju, bierzemy sobie z niego to co najlepsze, czyli zachwycające Alpy na północy i dalekie śródziemnomorskie południe.

Chcemy być bardzo sprytni i podjechać pociagiem ze Szkodry do Durres i z Durres do Vlore. Niestety, godziny o których ruszają pociągi i autobusy akurat nie zmieniły się wcale — do 12 w południe jest już zazwyczaj pozamiatane, jeśli chodzi o transport publiczny. Nasz pociąg odjeżdża o miłej 5:45. Mimo niesprzyjających okoliczności, decydujemy się jednak na tranzyt. W Szkodrze mokniemy do majtek podczas 10 minut dzielących nasz hostel i stację. Wparowujemy na peron tuż przed odjazdem, budząc zdenerwowanie u załogi. Jest jeszcze ciemno, kiedy poganiani przez panią konduktor, wraz z motorniczym i pasażerem, pod strumieniami deszczu ładujemy nasze graty do wagonu pozbawionego oświetlenia. Panowie w pośpiechu nie mają serca do roboty i przy przepychaniu przyczepki przez drzwi, nasze schowane pod psim posłaniem śpiwory i kocyki lądują prosto na mokrym peronie. Gdzieś tam również przepada łańcuch do spinania rowerów. W sumie nikt do nikogo nie ma pretensji, no bo co zrobić? Przebieramy się w suche rzeczy. Nie udaje nam się jednak pozmieniać majtek, więc paradujemy z mokrymi plamami na spodniach.

Po wysiadce w Durres próbujemy czekać na peronie pod małym daszkiem aż przestanie zacinać. Bezskutecznie. W końcu ruszamy z rzeczami na dworzec, a ja wpadam nogą w głęboką kałużę i moczę drugie i ostatnie buty. Okazuje się, że nie ma pociągu do Vlore, tymczasowo dojeżdża on tylko do Fiere. Prognoza pogody nie obiecuje niczego dobrego. Jesteśmy głodni. W takiej chwili przypomina nam się to, co należało zrobić już wcześniej – odpuścić sobie. Siadamy przed knajpą i zaczynamy od ciepłej herbaty i obiadu. Potem są rozmowy z przyjaznym kelnerem, który przynosi nam jakąś dziwną i przepyszną wersję burka. Panowie przy stoliku obok stawiają nam raki i nalewkę. Pani z sąsiedniego straganu częstuje granatami i persymoną. Poddajemy się. Rezygnujemy z dalszych planów i spędzamy cztery wspaniałe dni w Durres w hotelu u Babci Sabriny. Porozumiewamy się na migi, suszymy nasze mokre pościele i ubrania w podmuchach klimatyzatora, sami grzejemy się w cieple jej gościnności. W końcu wychodzi słońce, a my totalnie upojeni śródziemnomorskim klimatem rzucamy się na dojrzewające w ogrodzie granaty i cytrusy. Na targu kupujemy świeże krewetki. A co! W doskonałym nastroju spacerujemy po plaży, szalejemy na rowerach po mieście i zaglądamy do lokalnych cukierni. Zostajemy nawet zatrzymani przez młodzież pracującą nad projektem Humans of Balkan i udzielamy krótkiego wywiadu.

20151021-IMGP2517

20151021-IMGP2534

20151021-IMGP2531

Przychodzi jednak czas ruszyć dalej i kiedy wracamy na dworzec, okazuje się, że pociągi 2 dni temu przestały kursować ze względu na prace remontowe… Strasznie nie chce nam się pedałować, a trasa z Durres na południe jest ogólnie mówiąc kiepska. Knujemy więc różne plany. Może prosto do Grecji? Autokar w dobrej cenie wziąłby podobno wszystkie nasze graty, ale nie psa (może jechać w klatce w luku). Zamiast tego, jedziemy na dworzec pod miastem, gdzie zatrzymują się przeróżne autobusy i minibusy, które nie zapełniły się w Tiranie. Liczymy na łut szcześcia. Nie dajemy się złamać taksówkarzom z ich stałą śpiewką, że autobusu już nie ma, że minibusy pełne bo jest piątek, że nikt nas nie weźmie z tym całym cyrkiem. Mija może pół godziny i siedzimy w minibusie do Gjirokaster. Rowery po odkręceniu jednego koła doskonale pasują z tyłu razem z bagażami, a złożona przyczepka znalazła miejsce w środku. Za odpowiednią sumę pies też przestał być problemem, którym zresztą nie jest!

Lubimy tę południową Albanię. Góry i błękitne morze, przyjaźni ludzie. Dla fanów zwiedzania zabytków też nie brakuje. Pogodę tym razem mamy fantastyczną, choć jest już koniec października, a do tego brak turystycznych tłumów. Z malowniczej Gjirokastry wspinamy się dzielnie przez góry, żeby potem z zachwytem zjeżdżać w stronę morza i po drodze zajrzeć do blue eye, głębokiego źródła o niesamowitych błękitnych i turkusowych kolorach. Odwiedzamy też ponownie Sarande. zmienione prawie nie do poznania, zaglądamy na plażę w sympatycznym Ksamil i przez Butrint i sady pomarańczowe wspinamy się ku granicy. Po 2 miesiącach i ponad 2 tysiącach przepedałowanych kilometrów dotarliśmy do Grecji!

20151025-IMGP2591

20151024-IMGP2560

20151025-IMGP2610

20151025-IMGP2598

20151025-IMGP2653

20151025-IMGP2592

20151026-IMGP2673

20151024-IMGP2566

20151024-IMGP2580

20151024-IMGP2557

20151024-IMGP2577

20151024-IMGP2554

20151024-IMGP2569

20151026-IMGP2694

20151026-IMGP2672

20151024-IMGP2556

20151024-IMGP2549

20151026-IMGP2693

(Visited 36 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *