Czyjeś ulubione Hoi An

Hoi An wybieramy jako miejsce do zatrzymania się na czas Tet, czyli celebracji nowego roku księżycowego. Ponieważ jest to rodzinne i domowe święto, uznajemy, że miasto pełne turystów, dzięki swej infrastrukturze, będzie najlepszą opcją, żeby nie zanudzić się i nie umrzeć z głodu, podczas gdy Wietnamczycy będą biesiadować w domach. Nasze dotychczasowe negocjacje cen biletów były na tyle krwiożercze, że obawiamy się poruszania przed świetami, kiedy cały naród rusza w podróż w rodzinne strony, jak i w święta, kiedy wszyscy siedzą w domu, więc transport jest ograniczony. Słusznie, bo jak się okazuje, w tym okresie negocjacje właściwie się nie odbywają i obowiązuje zasada “płać i płacz”. Dwa bilety na nocny autobus warte są tyle, co 7 naszych noclegów. W podróży jednak osiągnęliśmy już taki zen, że płacz zamieniamy na obłąkańczy uśmiech, zwłaszcza, że na podróż oczekujemy na plażowym leżaku lub rzucając się na fale.

20140126-IMGP0462-nha trang beach wave 2

20140126-IMGP0495-waiting for the bus 1

20140126-IMGP0536-shiny disco bus

Po całonocnej jeździe w korku błyszczącym disco autobusem, na 4 dni przed świętami wysiadamy z autobusu w Hoi An i oddychamy z ulgą. Ulga jednak nie trwa długo, bo po paru spacerach po mieście i kilku posiłkach chcemy jak najszybciej się stąd wydostać. Hoi An, tak jak wiele malowniczych miasteczek wpisanych na listę UNESCO, zostało w dużej mierze pożarte przez turystykę. Duże miasta mają więcej szczęścia, bo życie toczy tam się równolegle z ruchem turystycznym, podczas gdy małe turystyczne miasteczka powoli zamieniają się w skansen, wypychając mieszkańców na obrzeża, a odnowione zabudowania wypełniają się sklepami z pamiątkami i restauracjami. Słyszeliśmy dużo głosów, że Hoi An jest przepiękne. Rzeczywiście, odrestaurowane domki mają dużo uroku i w połączeniu ze wspaniałą egzotyką Wietnamu produkują pocztówkową wizję kraju. Wszechobecna “cepeliada” może nie wygoniłaby nas z miasta już po dwóch dniach, gdyby nie fakt, że ciężko jest tu dobrze zjeść.

20140128-IMGP0597-hoi an street-2

20140128-IMGP0599-hoi an street bicycle

20140128-IMGP0645-hoi an flower seller

20140128-IMGP0592-hoi an street

20140128-IMGP0603-hoi an house gate

20140128-IMGP0665-hoi an at the table

20140127-IMGP0543-hoi an balcony view

20140128-IMGP0670-hoi an coconut seller hammock

W Hoi An trudno jest znaleźć normalne wietnamskie restauracje, a jedzenie uliczne nie jest specjalnie dobre. Być może okres przedświąteczny pogarsza sprawę. Zmęczeni po podróży zaczynamy od nienajlepszego lunchu w hotelu, ale sympatyczne pierożki white rose, jeden z lokalnych specjałów, pozostawiają mnie w dobrym nastroju. Żeby spróbować drugiego lokalnego przysmaku, czyli cao lau, wybieramy się rano na główny targ, mając nadzieję, że nadal żywią się tam mieszkańcy miasta. Sławny żółty ryżowy makaron z wieprzowiną, który swój rzekomo wyjątkowy smak zawdzięcza wodzie z lokalnej studni jest w porządku, ale szybko o nim zapominamy. To samo dotyczy małych ryżowych naleśniczków banh xeo. Na ulicy próbujemy też kultowych (według recenzji z tripadvisor) kanapek, od tak zwanej królowej banh mi. Kanapka jest w porządku, ale nie lepsza od tych, które jedliśmy dotychczas w zupełnie przypadkowych miejscach. Poddajemy się zatem jeśli chodzi o street food i siadamy w restauracji w pobliżu hotelu, pełnej ekstatycznych recenzji widocznych w menu, na wywieszkach i stolikach. Jemy tam nienajgorszą faszerowaną kałamarnicę oraz całkiem najgorszą, suchą rybę w przypalonych liściach bananowca. Ze smutkiem zapijam ją piwem, żeby pozbyć się węglowego posmaku. Czytając recenzje typu “najlepszy posiłek w Wietnamie”, zastanawiam się, co ze mną jest nie tak.

20140128-IMGP0672-white rose dumplings

20140128-IMGP0554-hoi an market-2

20140128-IMGP0555-hoi an market cao lau stall

20140128-IMGP0556-cao lau

20140128-IMGP0560-bahn xeo

20140128-IMGP0641-hoi an lousy dinner

Wieczorem wybieramy się do sławnej restauracji Morning Glory, prowadzonej przez Panią Vy, ciekawą kobietę promującą wietnamską kuchnię. Kiedyś otworzyła ona pierwszą restaurację dla turystów w Hoi An, teraz jest właścicielką małego imperium składającego się z trzech restauracji, hotelu i szkoły gotowania. Jej misją jest udostępnienie turystom lokalnych specjałów, rodzinnych dań i przysmaków ulicznych w “cywilizowanych warunkach”. Menu wygląda zachęcająco, ze względu na opisy dań dające kontekst i opisujące prozdrowotne właściwości każdego z nich. Jednak zupełnie już nie mamy apetytu i zamawiamy tylko chao tom – jedną z wietnamskich wariacji typu “mielone na patyku”. Pasta z mielonych krewetek jest nadziewana na patyk z trzciny cukrowej i grillowana. Po podaniu, kawałki mięsa zawija się z dodatkami w papier ryżowy. Fajna kompozycja ziół i kwaśnych plasterków starfruita tworzy przyjemną całość, jednak mięso jest niespecjalne i wyjątkowo tłuste. Oczekiwaliśmy czegoś więcej, zwłaszcza kiedy przystawka kosztuje tyle, co obiad dla dwóch osób w ulicznej jadłodajni. Myśląc o Hoi An mam mieszane uczucia.  Po inspirację zaglądam do książki Kim Fay, gdzie jeden z rozdziałów właśnie o Hoi An ma tytuł “Someone else’s favorites” (czyjeś ulubione). Bingo, Kim.

20140128-IMGP0701-hoi an chao tom

20140128-IMGP0696-hoi an by night

(Visited 419 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *