Ekskluzywne życie blogerów podróżników

Nasze życie jest całkiem niezłe. Cudownie piękne i malownicze krajobrazy towarzyszą nam niemal każdego dnia, wolność i wiatr we włosach to jakże znajome uczucia, w komfortowych warunkach pomieszkujemy w małych rajach, stale poznajemy niezwykle ciekawych i interesujących ludzi, wspólnie z którymi rozkoszujemy się lokalnych pysznościami. Nasze życie jest w standardzie pięciogwiazdkowym. Czasami jednak… nie.

Czasami rozbijamy namiot nad romantycznymi potokami, a czasami… nie.

Spaliśmy już w szczerym polu, przeróżnych krzakach oraz w lesie z jeleniami w okresie godowym, których ryki spowodowały, że narobiliśmy w majtki ze strachu. Polubiliśmy noclegi u strażaków, raz z wyjącą w nocy syreną, innym razem mając wielką salę gimnastyczną na wyłączność, wraz z szeregiem pryszniców i sanitariatów. Na honorową wzmiankę zasługuje też restauracja Molika w Kosowie, która odstąpiła nam pół swojego tarasu. Zwykle jednak kończymy w środku wsi, głowiąc się, którędy do toalety.

Porada: jeśli chcesz wzbudzić zazdrość na social media swoją ekskluzywną namiotową miejscówką, nie pytaj lokalnych mieszkańców, gdzie się rozbić. Inaczej może się to skończyć tak:

Czasami robimy przerwy przy proszących się na instagram panoramach, a czasami… nie.

Ania woli cisnąć rowerem pod górkę dopóki nie znajdzie odpowiednio atrakcyjnego miejsca na przerwę. Marcin, prosty chłopak, mówi, że ma dosyć i zatrzymuje się tam, gdzie akurat jest. Miejsce to zazwyczaj wypada w obsikanych krzakach lub gdzieś na betonie. W takich też malowniczych miejscach najczęściej łapiemy gumę.

Czasami jeździmy czerwonymi kabrioletami, a czasami… nie.

Tylko na przykład na pace dwudziestoletniej furgonetki, w której wcześniej zdechła owca albo na jeszcze starszych łodziach wyładowanych workami z kukurydzą z panami raczącymi się rakiją i redbullem od piątej nad ranem.

Czasami myjemy się każdego dnia, a włosy obcinamy częściej niż dwa razy do roku, a czasami… nie.

Najdłużej bez prysznica i codziennie pedałując wytrzymaliśmy tydzień. Prawie nie śmierdzieliśmy (niech żyją mokre chusteczki) ale swędziała głowa! Od tego czasu nabraliśmy więcej sprytu i Ania zawsze znajdzie sposób na umycie włosów, choćby była to ręczna pompa w wiejskiej studni czy przydrożny strumień, ku uciesze przejeżdżających kierowców.

Czasami nastawiamy zmywarkę, a czasami… nie.

W sześciu litrach wody bez problemu ugotujemy obiad i pozmywamy z pomocą papierowych ręczników. Lepiej jednak jeśli mamy dostęp do strumienia. Moja stara nie pierze w rzece, ale ja owszem!

Czasami jemy w sekretnych tawernach, a czasami… nie.

Bywa, że gotujemy tajskie curry z dyni w słowackim rowie albo rano godzinę smażymy naleśniki nad oceanem. A czasem się nic nie chce i na śniadanie obiad i kolacje drugi dzień z rzędu są kanapki. Albo przełykamy z szerokim uśmiechem na ustach paskudną zupę parówkową u serdecznej gospodyni. Co by się nie działo, dobre rybki z puszki nie są złe!

Czasami Lima witana jest z otwartymi ramionami, a czasami… nie.

Suka rozdzielona od nas w nowym miejscu wyje, zawodzi i wyskrobuje dziurę w drzwiach. W związku z tym, tam gdzie nie chcą Limy, tam i my kończymy na zewnątrz, na betonie lub na grudniowym greckim nocnym promie, wygwizdani przez wiatr na cztery strony świata.

Czasami na workawayu podlewamy niespiesznie pomidory spoglądając na górskie panoramy, a czasami… nie.

Równie często przerzucamy kozią kupę, wykonujemy prace w których trudno doszukać się jakiegokolwiek sensu lub przykuci do krzesła w niedzielę wyrabiamy falafle na greckim targu.

Czasami piszemy posty z widokiem na ośnieżone szczyty Krety, a czasami… nie.

Jak każdy szanujący się nomad, czasem odpalamy nasze białe maki czarne delle i acery nad basenem z widokiem na palmę. Zazwyczaj jednak wygląda to bardziej tak:

Najciekawsze w tym wszystkim, jest to, że bardzo to dzikie życie (ale jednak bez ryczących jeleni) kochamy!

Lima też.

Albo nie.

 

(Visited 137 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *