Ko Bulon Leh i kraina uśmiechów

Po trzech tygodniach podróży opuszczamy Malezję drogą lądową. Wyruszamy rano, skuszeni niską ceną biletu autobusowego. Na dworcu okazuje się, że autobus nie dojeżdża do granicy, a pani z informacji nakłania nas do kupna biletów na komfortowy minibus prosto do Hat Yai w Tajlandii. Mimo przekonywań, Marcin nie godzi się i decydujemy się na potencjalnie tańszą opcję z przesiadkami. Dostajemy jedne z ostanich miejsc w autobusie, z tyłu, i w trakcie jazdy na wybojach kilka razy jesteśmy katapultowani w powietrze. Po drodze zaczyna padać. Autobus dowozi nas do Kangar w północnej Malezji, skąd można złapać połączenie do granicy. Niestety, nikt nie brał autobusów z Penang pod uwagę przy planowaniu grafiku i musimy poczekać kilka godzin. Decydujemy się coś zjeść i w lokalnym barze dostajemy chińskie zupki z dodatkami, które sprzedawca zachwala: „very cheap!”

IMGP8866
an alien

Deszcz, który powoli rozkręcał się już w Malezji, leje strumieniami, kiedy pieszo przekraczamy granicę. W Tajlandii, znanej jako kraina uśmiechów, witają nas ponure i niechętne twarze. Marcin znika w poszukiwaniu kantoru, a ja czekam na przeciwko przystanku. Wtedy zdaję sobie sprawę, jak przemiłych i pomocnych ludzi spotykaliśmy w trakcie dwóch miesięcy podróży, a szczególnie w Indonezji.

W końcu, wieczorem, dojeżdżamy do Hat Yai na głębokim, mocno jeszcze muzułmańskim południu Tajlandii. Deszcz nadal leje i dajemy się naciągnąć na drogą podróż tuk-tukiem. Następnego dnia za przejażdżkę z powrotem zapłacimy połowę ceny. Jesteśmy bardzo zmęczeni i gubimy się nawzajem. Próba oszczędzenia parudziesięciu złotych skończyła się dwunastogodzinną podróżą i nerwami.

IMGP8872

Przeglądając przewodnik po południowej Tajlandii ma się wrażenie, że kraj składa się tylko i wyłącznie z resortów i miast przesiadkowych, z których można do nich dotrzeć. Nie brzmi to jak zechęta do odkrywania lokalnej kultury i kuchni, ale nie poddajemy się tak łatwo. Z “katalogu” resortów wybieramy sobie malutką i mało popularną wyspę Bulon Leh. Znowu próbujemy jechać lokalnym autobusem, ale dość szybko poddajemy się. Bezpośredniego połączenia opisanego w przewodniku nie ma, a pan w informacji irytuje się, gdy chcemy dowiedzieć się więcej.

Deszczowym porankiem wyruszamy kolejnym minibusem do Pak Bara, by złapać połaczenie na Koh Bulon. Kupujemy też dużo owoców, wodę i piwo, obawiając się wysokich cen na wyspie. Słusznie! Już po zakupie biletów, zaczynamy się zastanawiać nad zasadnością całego przedsięwzięcia – po co jechać na wyspę, skoro cały czas leje deszcz?

Ponieważ na wysepce nie ma portu, podpływamy w jej okolice dużą łodzią, następnie w zatoczce osłoniętej od sztormu przesiadamy się do małej lokalnej łódki. Łódka szaleje na falach, deszcz zacina prosto w oczy i słona woda leje nam się po twarzach. Docieramy na miejsce całkowicie mokrzy, ale szczęśliwi.

Cichy i zielony Bulon, oprócz turystów zamieszkują Chao Leh lub Chow Lair (“ludzie morza”), zwani morskimi cyganami. Ta społeczność zamieszkująca południowe wybrzeża Birmy i Tajlandii kiedyś przemieszczała się pomiędzy wyspami, teraz prowadzi półkoczowniczy tryb życia utrzymując się z połowu ryb i owoców morza. Nasza przemiła gospodyni, w połowie krwi Chao Leh, prowadzi homestay składający się z małych drewnianych domków i knajpy serwującej bardzo dobre domowe jedzenie.

IMGP8876

Thai salads are the best! A delicious and fiery green mango seafood salad
even more delicious green papaya salad

Na wyspie nie ma pradu, a generatory w naszym pensjonacie uruchamia się na kilka godzin o 6 wieczorem. Ponieważ przez większą część naszego pobytu leje, spędzamy dużo czasu czytając i próbując kolejnych dań. Urozmaicenia dostarcza nam walka z półmetrową jaszczurką grasującą po belkach pod sufitem. Wybieramy się też na wycieczki po wyspie lub na piękną plażę, kiedy tylko się przejaśnia.

IMGP9206

IMGP8981

IMGP8989

IMGP8928

rubber plantation

IMGP9044

Leżąc wśród odgłosów burzy rozmyślamy o wpływie turystyki na kraj. Jeśli tylko jest taka możliwosć, zamiast pobytu w międzynarodowym hotelu, polecamy wybierać miejsca prowadzone przez lokalne rodziny i jeść w lokalnych knajpach. Warunki mogą być gorsze, bardziej zbliżone do tego jak żyją mieszkańcy, za to większość wydanych pieniędzy zostanie w okolicy, a nie w kieszeni zagranicznych inwestorów.

Na koniec naszego pobytu zmienia się pogoda, jakby Bulon chciał jednak pochwalić się swoimi błękitami i turkusami.

IMGP9230

IMGP9231

(Visited 172 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *