Kuchnia portugalska. Chleb i ludzie w Alentejo.

Co czyni posiłek wyjątkowym? Co decyduje o smaku? Czy jakość składników i zdolności kucharza to wszystko czego potrzeba? Nasze doświadczenia pokazują, że to tylko połowa sukcesu. To, jak odbieramy jedzenie, zależy też od okoliczności w których mamy z nim do czynienia. Dobra, może czasami żeby podnieść nas na duchu wystarczy po prostu porządnie zrobione danie, jednak zazwyczaj to posiłki w cudownych miejscach z właściwymi ludźmi są tymi, które cieszą najbardziej i najdłużej zostają w pamięci. Do tego dochodzi jeszcze kontekst: to skąd pochodzą składniki i kto połączył je w jedną całość, świadomie lub nie, mocno wpływa na nasz odbiór.

Jeśliby dobrze się zastanowić, jest dosłownie garść powodów, dla których chcemy prowadzić podróżnicze życie. Głód nowego i innego, który nigdy nie zawodzi, stan zachwytu, który utrzymujemy dzięki tej oszałamiającej pięknem planecie, uzależniające uczucie wolności. Odkrywanie nowych smaków w nowych miejscach, z ludźmi, których dopiero co poznaliśmy jest warte pokonywania setek kilometrów. Nawet gdyby taki posiłek był jedyną rzeczą, którą przeżyliśmy w nowym kraju, nadal byłoby warto! Grzebiąc jeszcze głębiej, sprowadza się to wszystko do jednej rzeczy – uczucia wspólnoty, intymnego połączenia, które zachodzi, kiedy wspólnie z innymi robisz coś, co kochasz. Jedzenie to wspaniały łącznik, kreujący spotkanie bez spraw, które nas dzielą: religii, polityki i całego tego zgiełku.

Gluten nam nie straszny, a kraj bez dobrego chleba może bardzo uprzykrzyć nam życie. Nie wyżyjemy na paczkowanym, kwadratowym, bezskórkowym, niejadalnym bez tostowania substytucie. Nie wszędzie kochają chleb tak jak w Polsce. Na szczęście nasze pierwsze spotkanie z portugalskim jedzeniem u hosta w Lizbonie pozwoliło nam odetchnąć z ulgą. Dobry chleb! Połowa sukcesu zapewniona. Chleb wyjątkowy? Do tego dodać trzeba odpowiednie okoliczności. Takie też się znalazły.

Mamy więc wszystkie składniki historii: dobre jedzenie, kontekst i wspólne doświadczenie. Okoliczności: portugalskie Alentejo wiosną. Pedałujemy przez zielone pagórkowate krajobrazy prosto z tapety Windowsa. Na zieleni co i rusz rozpościerają się białe dywany rumianków. Pomiędzy zielonymi wzgórzami erupcje białych miasteczek. Przyklejone jeden do drugiego białe domki, kurczowo trzymają się zbocz. Widać je z daleka pomiędzy zielonymi wzgórzami, pasącymi się na nich krowami i idealnie niebieskim niebem. Zieleń, pagórki, krowy, niebo. Niewiele więcej, przez kilometry. Stopniowo krajobraz zaczyna się zmieniać i lądujemy w małej wiosce nad jeziorem stworzonym przez tamę, po środku niczego. Dookoła tylko dzicz i powykręcane dęby korkowe. Jedziemy na dużą farmę z ogrodem, sadem brzoskwiniowym i przeróżnymi zwierzętami. Nasz host wynajmuje tam ziemię i część domu, od wybitnie przyjaznych właścicieli.

Portugal Alentejo Montargil

Nie ma portugalskiego jedzenia bez chleba, ale to w Alentejo jest on kluczowym składnikiem lokalnej kuchni. Dość jasny i niezbyt ciężki, ale nadal wystarczająco konkretny, żeby utrzymać świeżość przez kilka dni. W tym regionie nie jest on tylko dodatkiem do potraw, ale też kluczowym ich składnikiem. Duże jego kawałki pływają w zupach takich jak açorda, czy sopa de tomate. Migas, to coś co nazwaliśmy „stir fried bread” – duże okruchy podsmażone na oleju razem z sezonowymi dodatkami. Takich dań, nie widzieliśmy nigdzie indziej w naszych podróżach.

Ale… wszystko zaczyna się wcześniej, od zdolnych rąk ugniatających mąkę z wodą. I od zaproszenia, oczywiście. Wkraczamy do domu Antonio i Zulmiry, żeby zobaczyć jak przygotowują swoją cotygodniową partię. Jak to bywa z domowym chlebem, składniki są podstawowe: mąka pszenna, trochę mąki żytniej, zakwas, odrobina drożdży. Jednak najważniejsze są te zdolne ręce, szybko rozprawiające się z ciastem. Sami pieczemy chleb, więc wiemy jak to się robi. Jednak daleko nam do mistrzostwa Zulmiry, która wymachuje rękami szybciej niż nasze oczy mogą nadążyć, zagniatając super mokre w środku ciasto pokryte z zewnątrz grubą warstwą mąki. Ta zewnętrzna warstwa zamieni się w chrupiącą skórkę, której nie da się oprzeć.

Fruwające bochenki trafiają pomiędzy ściereczki i prześcieradła i leżakują pod grubym kocem. W tym czasie Antonio i Zulmira biorą się za rozpalanie pieca. Jest wielki i zasłużył na osobne pomieszczenie w domu. Żartujemy, że pomieściłby jednego z nas. Gospodarze karmią płomień dużymi ilościami drobnych gałęzi dopóki ceglane ściany wewnątrz nie zmienią koloru na biały. Wtedy, jeden za drugim, do gorących czeluści trafiają zgrabne bochenki na długiej łopacie.Uciekamy z upalnego pomieszczenia, ciesząc się, że jeszcze wciąż wiosna. Jedyne dwadzieścia parę minut później jesteśmy z powrotem, obserwując jak wyciągane bochenki przechodzą test jakości. „Pão” (czyli chleb po portugalsku) to dźwięk jaki powinny z siebie wydawać po uderzeniu Zulmirowej dłoni. Myślimy, że żartuje, dopóki jeden z bochenków nie zdaje egzaminu i wraca do pieca na kolejne kilka minut. Oto są: piękne i aromatyczne, parzące mi ręce przez kuchenną ściereczkę. Smakowały pysznie zanim zobaczyliśmy jak powstają, ale teraz to już zupełnie inna historia. Następnego dnia wyjeżdżamy.  Bochenek o nieregularnych kształtach zajmuje nieprzyzwoicie dużo miejsca w sakwie, ale karmi nas na wiele sposobów przez kilka kolejnych dni w drodze.

Kuchnia portugalska chleb Alentejo

Kuchnia portugalska chleb Alentejo

Kuchnia portugalska chleb Alentejo

Opuszczając Alentejo dociera do nas, że nie spróbowaliśmy żadnego typowego dania z chlebem w roli głównej. Nasz host pochodził z północy Portugalii, i lubował się w grilowanych mięsach. No cóż, trudno, myślę. Jeśli rzeczywiście są warte spróbowania, jeszcze trafi się ku temu okazja. Dwa dni później, odwiedzamy rowerowych hostów w sąsiadującym regionie Ribatejo. Okazuje się, że oboje pochodzą ze stron, z których właśnie przyjechaliśmy. Zgadniecie co jest na obiad? Sopa de tomate, rodem z Alentejo.

Paula wrzuca trochę chouriço (portugalska kiełbasa) i salo (słonina) do garnka i podsmaża, aż wytopi się cały tłuszcz. Wyjmuje mięso i podsmaża cebulę w tłuszczu. Kiedy my przy kuchennym stole obgadujemy rowerowe sprawy z Henrique, do garnka lecą pomidory, woda i „hortelã da ribeira” czyli lokalny rodzaj mięty o podobnych do rozmarynu listkach. Następnie Paula dodaje idealne jajka w koszulkach, a na koniec duże kawałki chleba z Alentejo. Voila! Przeszliśmy całą drogę, od mąki i wody aż po kuchenny stół, przy którym zasiedliśmy razem z uroczą portugalską rodziną, łącząc się nad miską jedzenia ich dzieciństwa. Widzicie? To jest dokładnie to, o czym mówimy!

kuchnia portugalska sopa de tomate

(Visited 90 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *