Kuchnia wietnamska – nasze top pięć z morza

Trzeba przyznać, że Wietnamczycy wiedzą, jak rewelacyjnie zgrillować wieprzowinę. W kanapkach, z łamanym ryżem, na makaronie ryżowym – jeśli tylko trafi się na niezłe miejsce, wieprzowina wymiata. Ale.. dzisiejszy obiad odwrócił moją uwagę od tematu, czyli owoców morza. Owoce morza są wspaniałe! Jemy je tu najczęściej, bo je uwielbiamy i tęsknimy za nimi w domu. Wietnamskie są nie tylko najświeższe, ale też pyszne i tanie. Pomijając Sajgon, za 40-50 złotych można w nieturystycznej restauracji zamówić dwa lub trzy talerze owoców morza plus kilka piw. Będzie to wpis ku pamięci, czyli kilka posiłków, które na zawsze zostaną w naszych serduszkach.

Numer pięć. Sajgon. Jedzenie kilka razy droższe niż gdzie indziej. Dopada mnie koszmarne przeziębienie, więc zazwyczaj buszujemy w niezbyt ciekawej dzielnicy blisko hotelu. Ze względu na przejedzenie żywimy się głównie lekkim sushi. Dowiaduję się jednak o istnieniu dania, w którym łączą się dwa z moich ulubionych składników: mięso kraba i przezroczysty makaron (ze skrobi, najczęściej z fasolki mung). Crab vermicelli (mien xao cua) udaje mi się znaleźć w dwóch miejscach i przyznaję, że posypane świeżą kolendrą (zawsze na plus) jest naprawdę dobre. O ile można wierzyć moim otępionym przeziębieniem zmysłom.

20140110-IMGP9762-crab vermicelli

Numer cztery. Phan Thiet, knajpka niedaleko hotelu, gdzie chodzimy, gdy nie chce nam się dalej ruszyć. Właściciel jest przemiły i namawia nas na najbardziej wypasiony hot pot z menu. Z pastą rybną. Świeżo przybyłych do kraju zapach może zabić, my już na szczęście jesteśmy trochę znieczuleni, a czasem nawet czujemy ekscytację rybnym zapachem. Zjadamy cały talerz wsadu rybnego i całą miskę zieleniny. Na Wietnamskie warunki to był raczej lekki posiłek.

20140118-IMGP0117-hot pot ania2

Numer trzy. Phan Thiet, typowa knajpka z miniaturowymi krzesełkami na zewnątrz. Wszystkie miejsca zajęte. Po drugiej stronie ulicy kolorowy port. Na przeciwko ustawia się chłopak z głośnikiem, a jego roznegliżowana dziewczyna tańczy do gangnam style, zapewniając rozrywkę do kolacji. Menu po angielsku tłumaczy tylko nazwy surowców, więc skazujemy na cienkie wafle ryżowe z sezamem i kawałki kałamarncy w ziołach, które widzimy na wielu stolikach. Do tego element ryzyka, czyli wybór z menu pt. “smelt salad”. Smelt to po polsku stynka. Ryba jest surowa i podana z chilli i cebulą. Układa się ją na papierze ryżowym z ogórkiem i świeżymi listkami, zawija i macza w sosie. Bardziej świeżo po prostu być nie może. Wafle ryżowe powstają przez grillowanie na ogniu sezamowych papierów ryżowych i stanowią świetną przekąskę. Wszystko jest dobre, ale porcje jak zwykle za duże, więc kończymy (a raczej nie kończymy) z lekką traumą.

20140116-IMGP0067-smelt salad

Numer dwa. Long Hai, cichy i absolutnie pusty “kurort”. Kierowca motocyklu wiezie nas do pensjonatu, a potem upiera się, żebyśmy zostawili rzeczy i zabierze nas na jedzenie. Lądujemy na pustym placu z kilkoma straganami i setkami pustych krzesełek. Zapomnieliśmy aparatu. Wybieramy to, co polecają, czyli szczypce kraba w sosie tamaryndowym. Więcej jest z tym zabawy, niż jedzenia, ale jest genialny. Kawałki kraba pokryte są grubą warstwą lepkiego brązowego sosu. Do tego oczywiście świeże zioła i piwo. Sos jest kwaśny, słodki, ostry. Brudzi dłonie, twarz, zlepia szalejące na wietrze włosy. Szczęście.

Kolejnego dnia trafiamy w restauracji na pyszne sajgonki z krewetkami, więc chcemy spróbować też ich wersji kraba. Umawiamy się na kolację, ale zamiast tamaryndowego, dostajemy po prostu ugotowanego z typowym sosem z limonką i solą. Spotykamy naszego kierowcę, który bez pytania zasiada z nami przy stole i uczy jak obsłużyć całego kraba. Skorupka na szczypcach nie jest pokruszona, nie podano też żadnych narzędzi. Okazuje się, że trzeba po prostu kłaść je na stole i walić pięścią. Moja pięść słabo daje sobie z tym radę, więc dostaję gotowe kąski od naszego nowego przyjaciela. Prościej już być nie może i znowu jest przepysznie.

Numer jeden. Ben Tre, delta Mekongu. W cichej uliczce znajdujemy przyjemnie wyglądającą restaurację w starej willi. Nie ma menu, więc zdajemy się na genialnego kelnera, który znając tylko trochę angielskiego, słucha sugestii po czym przynosi wybrane przez siebie dania. Dostajemy klasyczną wietnamską rybę w glinianym naczyniu (ca kho to), która występuje zawsze w bardzo gęstym i słodkim sosie.

20140108-IMGP9747-claypot fish

Do tego jeszcze specjał z delty –  słodko-kwaśna zupa rybna (canh chua). Lekka i smaczna, z dodatkiem pomidorów, ananasa, okry, tamaryndu i innych warzyw i ziół. Do zup dodają tu często kawałki gąbczastej łodygi (bac ha), która po nasiąknięciu bulionem jest rewelacyjna. Przysięgam.

20140108-IMGP9743-zupa

Dostajemy też specjalność lokalu, czyli białe małże. Skorupiaki podane są w żeliwnym garnuszku na gorących brykietach przemieszanych z trawą cytrynową. Na stole wlewają na brykiety specjalną zalewę i zamykają pokrywkę. Małże szybko otwierają się w gorącej parze i po paru minutach są gotowe do jedzenia. Wydłubujemy je pałeczkami i maczamy w sosie z gruboziarnistego pieprzu i soli w soku z limonki calamansi. Proste i genialne. Małże te widziałam w wielu miejscach i myślę, że warto szukać takiej wersji odwiedzając Wietnam.  Achhh.

20140108-IMGP9734-clam verti

(Visited 263 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *