Laos – Droga Akha

Na górskich, pogranicznych terytoriach południowych Chin, północnego Laosu, Tajlandii, Wietnamu i Birmy, żyją sobie liczne mniejszościowe grupy etniczne. Część z nich do dzisiaj zachowało tradycyjny styl życia, piękne kolorowe stroje i własne zwyczaje. Wiele wiosek i regionów zaczęło żyć z turystyki, utrzymując tradycyjne zabudowania i zakładając tradycyjne stroje by pozować do zdjęć. Są jednak jeszcze miejsca, gdzie goście bardzo rzadko się pojawiają, a życie toczy się starym rytmem. Można je znaleźć w trochę zapomnianej prowincji Phongsali w północnym Laosie, gdzie mieszkają przede wszystkim przybyłe z Chin plemiona Akha, noszące charakterystyczne stroje w kolorze ciemnego indygo i ozdoby ze srebrnych pierścieni i monet.

20140331-IMGP4946b-phongsali akha dress

Phongsali to trochę Laos, a trochę już Chiny, co widać po zabudowie malutkiej starówki, wyborze jedzenia w knajpach i tablicach rejestracyjnych.

20140331-IMGP4918-phongsali old town

20140331-IMGP4922-phongsali chinese restaurant

20140331-IMGP4935-phongsali chinese restaurant

20140331-IMGP4938-phongsali chinese restaurant tofu and giblets

20140331-IMGP4942-phongsali chinese restaurant

Stąd ruszamy na północ z przewodnikiem o imieniu Saj, podróżując lokalnymi autobusami, rzeką, odpoczywając w wiosce plemienia Laoseng i zaliczając kilka godzin ciężkiej wędrówki po górach, żeby odwiedzić odizolowane osady Akha i przenocować w jednej z nich. Towarzyszy nam wszechobecny w porze suchej dym z wypalanych pod uprawę pól, który niestety ogranicza widoczność ciągnących się kilometrami górskich warstw. Upał daje nam się we znaki, a przerwa na dźwigany przez Saja lunch, daje odetchnąć. Pierwszy raz próbujemy duszonej w ziołach żaby. Smakuje jak oślizgły, wodny kurczak.

20140401-IMGP4973-laoseng village

20140401-IMGP4972-laoseng village girl

20140401-IMGP4976-laoseng people

20140401-IMGP4977-trekking lao lunch

Te dwa dni to dla nas niesamowite doświadczenie na granicy realności, wzmocnione pewnie przez fakt, że towarzyszy nam introwertyczny Saj. W grupie turystów może odbieralibyśmy to inaczej. Całą drogę powrotną obracamy w głowach to, co widzieliśmy. Próbuję użyć dyscypliny, żeby ująć te dni w chronologiczny opis. Nie udaje się. Wychodzi długi i chaotyczny, a w głowie krążą raczej osobne wrażenia niż relacja z podróży.

Wędrujemy pod górę w ciszy i oglądamy przydymione krajobrazy. Zbliżamy się do pierwszej wioski i naszym oczom ukazują się duchy w kolorze indygo. Kobiety w tradycyjnych strojach poruszają się powoli i cicho, na plecach mają wyplecione kosze z drewnem na opał, które utrzymywane są taśmą na głowie. Nikt nie przybiega nam na powitanie, nikt nie krzyczy, nie śmieje się, nie macha. Widzimy tylko nieśmiałe uśmiechy. Wchodzimy do wsi, a dookoła biegają świnie, drób i psy, zgodnie wyjadając zawartość koryta w czasie karmienia.

20140401-IMGP4993-akha village woman

20140401-IMGP5018-akha village

20140402-IMGP5050-akha kitchen hut

W chacie szefa wioski, tak jak w pozostałych, nie ma okien i panuje półmrok, a dym z paleniska gryzie w oczy. Kobiety i mężczyźni są tu jak dwa gatunki – one ciche, nieśmiałe i uwięzione w skomplikowanych strojach, oni w koszulkach i szortach palą i prowadzą rozmowy. Już niektóre małe dziewczynki noszą kolorowe czepki na głowę. Kiedy dorosną, będą nosić całą ozdobę. Po herbacie wyruszamy w dalsza drogę razem z synem szefa, który idzie do innej osady zdobywać żonę.

20140402-IMGP5061-akha children

Wioska w której spędzimy noc, położona jest na szczycie góry na około 1200 metrach. Wita nas widok zachodzącego słońca i ogromnego wieprza wypasającego się na zboczu. Wchodzimy na najwyższy pagórek w osadzie i natychmiast zbiegają się chłopcy. Ostatni raz mieli tu gości około trzech miesięcy temu, więc są niesamowicie ciekawi naszej trójki, a także łasi na cukierki Saja. Kobiety nieśmiało spoglądają sprzed chat lub wracając z wyprawy po chrust i do strumienia, niosąc bambusowe tuby napełnione wodą. Te z małymi dziećmi noszą odsłoniętą pierś, żeby odpędzać złe duchy. Wiele z nich uważa, że fotografia kradnie duszę, więc na widok aparatu odwracają głowy, a na zdjęcie godzi się tylko jedna.

20140401-IMGP4996-akha woman

20140401-IMGP4998-akha trekking

20140401-IMGP5024-akha village boys

20140401-IMGP5019-akha village boys

20140401-IMGP5031-akha village boys

20140401-IMGP5006-akha trekking sunset

W wiosce nie ma wody ani prądu, a nasza wieczorna toaleta zamyka się w umyciu rąk i twarzy w przydźwiganej ze strumienia wodzie. Nie ma też wychodków, więc będąc główną atrakcją w wiosce, czekamy na zmrok, żeby udać się na stronę. Wieczór spędzamy w mroku chaty szefa wioski, a kobiety z latarkami umieszczonymi na ozdobnych nakryciach głowy przygotowują jedzenie. W ciemnym kącie, snop światła z czołówki matki pada na miskę karmionego na kolanach dziecka. Psy krążą wokół niskiego stolika czekając na resztki. Stolik krąży między izbą a kuchnią, gdzie kobiety przygotowują posiłek, przekazują go mężczyznom, a następnie kontynuują po nich. Jemy i pijemy zielony, przepuszczany przez liście bimber. Po stuprocentowo mięsnym lunchu, którym częstował nas Saj, przyszedł czas na całkowicie roślinną kolację. Duszone liście, ugotowane pędy bambusa i zupa z grzybów to uzbierane w okolicy dzikie rośliny. Do tego ryż, sól i suszone chilli oraz rzadki wodnisty sos do maczania kąsków. Gospodarz pomaga nam swoją czołówką dostrzec co jemy. Niesamowicie proste, lekko gorzkie organiczne smaki są też zaskakująco dobre.

Po posiłku nadchodzi czas na socjalizację i palenie tytoniu z bongosów. Wyciszona atmosfera chaty znacznie ożywa. Kiedy wyciągamy prezenty, rozproszone po chacie światełka czołówek zbiegają się w jeden snop światła skupiony na nas. Mieliśmy wątpliwości, czy w ogóle przynosić jakieś gadżety do tej w dużej mierze samowystarczalnej społeczności, ale na widok ogromnej radości z kostek mydła czy nasion, żałujemy, że nie wzięliśmy więcej i rozdajemy prawie wszystkie rzeczy, które mamy przy sobie. Przychodzi też do nas sąsiadka niosąc wnuczka z okropną infekcją skóry wokół ucha. Ukąsił go jakiś owad, zostawiając kawałek żądła, a skóra pokryta jest ropą i pęcherzami. Nie mają tutaj żadnych leków ale na szczęście mam jod, więc udaje nam się przynajmniej zdezynfekować ranę. Chłopiec cierpliwie poddaje się zabiegom i nie wydaje z siebie ani jednego jęknięcia.

Akha śpią w lożach męskich i żeńskich ukrytych za zasłonkami po dwóch stronach izby. Dostajemy miejsce po męskiej stronie, odstąpione przez starszych. Leżymy obok siebie, z boków chłopcy i Saj. Mam wątpliwości, czy w ogóle uda mi się zasnąć wśród różnych odgłosów z zewnątrz, które przez cienkie drewniane ściany obite folią, wydają się być tuż przy mnie. Boję się też ewentualnych owadów, czy innych stworzeń, jednak zmęczenie robi swoje i w końcu odpływam w całkowitej ciemności.

Rano spacerujemy po wiosce i spotykamy kobietę w szale, krzyczącą i rzucającą kamieniami w swoją uciekającą córkę. Zastanawiamy się co się dzieje, kiedy Saj opowiada nam o szokującym zwyczaju zabijania przez Akha nowo narodzonych bliźniąt. Wierzenia Akha, łączące animizm z kultem przodków i ziemi, są źródłem wielu przesądów. Narodzenie bliźniąt to wyjątkowo pechowe wydarzenie, świadczące o mieszaniu się duchów w ludzkie sprawy. Takie noworodki podobno zabijane są poprzez podanie im mocnego alkoholu. Rodzina przynosi pecha całej wiosce. Musi ona opuścić dom oraz wykonać zalecone przez szamana czynności. Dopiero po jakimś czasie i wypełnieniu zaleceń, może zbudować nowy dom i powrócić do osady. Jeśli rodzina jest uboga i nie jest w stanie poświęcić odpowiedniej ilości zwierząt, może nie być w stanie spełnić zaleceń szamana. Według Saja, kobietę rzucająca kamieniami spotkała właśnie taka sytuacja i z tego powodu oszalała. Wydarzenie, które sprowadziło na nią złość wioski, przymus zabicia własnych dzieci, ogromna presja otoczenia i wyrzucenie ze społeczności, okazały się dla niej zbyt dużym ciężarem.

20140402-IMGP5034-akha woman

20140402-IMGP5033-akha village

20140402-IMGP5039-akha village

Kobiety wyruszyły do pracy na polach, zbierania roślin i chrustu, chłopcy do szkoły, a mężczyźni jak zwykle nie robią zbyt wiele. Zazwyczaj tylko chłopcy mają szansę na edukację, bo dziewczynki muszą pomagać matkom. W związku z tym większość kobiet w okolicy nie zna nawet języka kraju w którym mieszka, a jedynie mówiony dialekt Akha. Ruszamy w drogę powrotną odwiedzając kolejną wioskę, gdzie pierwszy raz widzimy mężczyzn przy pracy. Budują dom. To część mieszkańców poprzedniej osady przeniosła się tu nieco niżej, ze względu na lepszą dostępność wody. Siedzimy w chacie na zwyczajowej herbacie z termosu. Większość rodziny pracuje, w domu został dziadek leżący w loży i palący opium oraz babcia zajmująca się wnuczkiem i mieszająca indygo w beczkach.

20140402-IMGP5041-akha men building house

20140402-IMGP5062-akha children

20140402-IMGP5042-akha village

Wracamy pomiędzy wypalonymi pod uprawę opium poletkami na zboczach góry. Jest to nielegalne, jednak dla części Akha to nadal jedyne źródło gotówki, którą wymieniają na przedmioty, których nie są w stanie wytworzyć. Powoli zbliżając się do rzeki, spotykamy rodzinę wracającą z miasta. Taka wycieczka zdarza się rzadko, bo wymaga kilkugodzinnej wędrówki w dół, podróży łodzią, dwoma autobusami, noclegu w mieście i powrotnej wycieńczającej wędrówki pod górę. Przynajmniej mężczyźni w końcu do czegoś się przydali i dźwigają razem z kobietami, które nie ustępują im siłą. Przodem idą dzieci i konie obładowane ciężarami, dalej kobiety dźwigające materace na taśmach zaczepionych nad czołem, a na końcu mężczyźni ze zrolowaną blachą dachową. Podobno zakupy zostawiają w najniżej położonej wsi, a potem stopniowo wnoszą je na górę. Nie jest łatwo być Akha.

20140402-IMGP5064-akha family carrying stuff

(Visited 234 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *