Lizbona – Algarve. Pamiętniki rowerowe.

“Aaaa, jak bosko znowu być w trasie na rowerze!” myślę, szusując po zupełnie pustej asfaltowej drodze wzdłuż wąskiego półwyspu Tróia. Warunki są idealne – Jest pięknie, świeci słońce, trasa różnorodna ale nie ciężka, i co najlepsze… mamy bardzo dużo czasu, żeby dotrzeć do Algarve. To powoduje, że łapiemy głęboki oddech i rozglądamy się z ciekawością. Euforyczny nastrój nie opuszczał mnie z resztą już od wejścia na prom w Lizbonie, mimo że Marcin miał muchy w nosie i do tego wsiedliśmy nie w ten prom co trzeba, dodając sobie jeszcze kolejne 10 km do trasy. Po większości dnia spędzonego na jeździe przez nudne przedmieścia, nagle zostaliśmy wessani przez park krajobrazowy Arrabiata, z malowniczymi górami i zachodem słońca, przez który musiałam zatrzymywać się co kilka metrów.

Portugal Parque natural da Arrabida

Wjechaliśmy do Setúbal, gdzie czekał na nas Fernando. Mieszka na 6 piętrze i nie ma garażu, więc każdą pojedynczą rzecz wnosiliśmy po schodach do windy. Rowery nie mieściły się do niej w całości, więc musiały zgubić po jednym kole. Fernando opowiadał, że kiedyś wraz z parą podróżującą po świecie tandemem, taszczyli go wspólnie po schodach. Jedząc razem obiad i rozmawiając z córką Fernando o jej planowanym wyjeździe na Erasmusa do Polski zdaliśmy sobie sprawę, że pierwszy raz w naszych podróżach gości nas cała tradycyjna rodzina, czyli małżeństwo z dwójką dzieci. Gospodarze to często bardzo oryginalne typy lub młodzi ludzie, natomiast ci, którzy założyli już rodziny, nieczęsto bawią się w goszczenie obcych podróżników. Tym bardziej fantastycznie było dla nas doświadczyć życia z portugalską rodziną i widzieć otwartość rodziców na takie doświadczenie i uczenie jej własnych dzieci już od małego.

 

Wróćmy jednak na półwysep Tróia, gdzie w euforycznych nastrojach pedałujemy przed siebie po niesamowicie prostej i pustej drodze. Przywiózł nas tu kolejny prom, więc ilość samochodów, która dociera nim na czubek tego odludnego wąskiego kawałka ziemi jest naprawdę znikoma. Nasze bałkańskie i greckie doświadczenia rowerowe powodują, że płaska i zupełnie prosta droga pozbawiona samochodów wprawia nas w osłupienie. Po prawej stronie za wydmami kryje się ocean, po lewej zatoka. Na środku my. Zatrzymujemy się parę razy, żeby podejrzeć widok z wydm.Wyjeżdżamy z półwyspu do uroczej Comporty i pedałujemy dalej, żeby dzień zakończyć biwakiem w zimną noc.

cycling portugal troia comporta

troia peninsula portugal

Od naszego przyjazdu do Portugalii niezmiennie towarzyszyło nam pełne słońce i zimne noce. Prognoza obwieszcza zmianę – szykują się porządne deszcze. W Sines bezskutecznie szukamy hosta lub dachu, pod którym w namiocie możemy przeczekać dwa ulewne dni. Nic z tego!

Trochę bezmyślnie jedziemy więc prosto na park naturalny na wybrzeżu Costa Vincentina. Widoki zwalają z nóg. Pustka i przestrzeń, szerokie wydmy porośnięte sukulentami, granatowe niebo, ogromne fale, i wiatr od którego ręce robią się zimne i gorące na zmianę. Kiedy odwracamy głowy za siebie, widzimy ponure statki i kominy Sines. Plaża nazywa się Sao Torpes, co w tej pogodzie wywołuje komiczne skojarzenia z San Tropez. Co za miejsce! Wieczór i deszcz się zbliżają, a my na tym pustkowiu zaczynamy się śmiać. Genialne miejsce na nocleg! Raz na jakiś czas pojawia się budka firmy surferskiej, lub mała zamknięta knajpka. Trafiamy na jedną otwartą i chcemy podpytać obsługę o nocleg. Kierują nas na camping gdzieś za wydmą. Co zrobić, pchamy rowery przez piach i rzeczywiście, naszym oczom ukazuje się camping, a po drugiej stronie drogi zupełnie nieporuszone pogodą krowy z Alentejo.

Kempingi to dla nas ceny nieadekwatne do warunków, mało atrakcyjne otoczenie i bliscy sąsiedzi. Skoro już i tak mamy biwakować w deszczu, zdecydowanie fajniej byłoby rozłożyć namiot w jakimś pięknym i zacisznym miejscu. Jesteśmy jednak na terenie parku, więc będzie kemping i koniec. Po pierwszej, dość mokrej nocy, korzystam z przywileju gorącego i długiego prysznica, zostawiam rzeczy w namiocie i idę do knajpki/świetlicy, kiedy zaczyna porządnie lać. W przeciągu dwóch minut wracam do stanu spod prysznica. Nie pozostaje nic innego jak się śmiać. Zamawiamy wino i korzystamy z wifi. Razem z krowami z Alentejo postanawiamy nic sobie nie robić z pogody. Przynoszę kuchenkę kempingową i pod dachem zabieram się za gotowanie. Kiedy rozmawiam przez telefon jednocześnie gotując makaron, na taras knajpki przychodzi jakiś facet. Kręci się tu i tam, przygląda mi, wygląda, jak by na kogoś czekał. Nie przejmuję się nim i dalej plotkuję, jednak on przez dobre 15 minut nie rusza się z miejsca. Kończę więc rozmowę i witam się. Zaczyna wyjaśniać, że w tę pogodę nie możemy spać pod namiotem, a gotować też będzie lepiej u niego w domku. Jestem podejrzliwa, więc mówi, ze pogada z moim “chłopakiem”. Po chwili wraca z Marcinem, nieco zadziwionym faktem, że przed wejściem do łazienek czekał na niego człowiek, który zgarnął go prosto pod parasol i zaczął tłumaczyć, dlaczego powinniśmy spać i gotować u niego. Po licznych protestach, nie pewni co do rodzaju tej propozycji, ulegamy. Szybko okazuje się, że João, ogrodnik mieszkający na kempingu w mini domku-przyczepce to po prostu kolejny dobry człowiek na naszej drodze.  Nowy kolega oddaje nam swoją sypialnię, karmi, poi winem i uczy Marcina jak przerobić liście tytoniu na papierosy.

Pogoda się poprawia, więc żegnamy się z João i kolejne kilka dni podróżujemy wzdłuż wybrzeża Costa Vincentina. Łazimy wzdłuż klifów i po plażach, i nie przestajemy się zachwycać. Ten park zasługuje na osobną relację. Potem odbijamy w głąb kraju. Pedałując przez portugalskie bezdroża mozolnie wtaczamy się na kolejne wzgórze. Już zacieramy ręce na szybki zjazd z górki, ale atmosfera na wzgórzu przyciąga. Jest tu cudownie błogo, cicho i pięknie. Może to miejsce na nocleg? Podjeżdżamy w głąb od drogi, do pierwszego domu. Cisza, brama otwarta, stoi samochód, na ganku siedzi pies, nie wydając z siebie najmniejszego warknięcia. Marcin puka i pojawia się kobieta, która mówi po angielsku. Bez problemu możemy rozłożyć namiot u niej. Zostajemy więc w tym błogim miejscu, zastanawiając się, co to za magnetyzm próbuje nas tutaj zatrzymać. Może to znak, że trzeba tu zamieszkać? Nie wiem. Rano otwieramy namiot, a wszystko dokoła pokrywa rosa i mgły, które podświetla wschodzące powoli słońce. Czysta magia. Lima z drugą sunią bawią się bez końca, z niespotykaną sobie delikatnością i słodyczą. Siła tego miejsca potrafi nawet zmieniać charaktery. Bardzo powoli wstajemy i pakujemy się kilka godzin, nie mogąc zebrać się do dalszej drogi. Wyjeżdżając widzimy tabliczkę informującą o nieruchomości na sprzedaż. Potem żałujemy, że nie podjechaliśmy głębiej do wsi, żeby chociaż zerknąć na miejsce.

portugal magic near odemira

Jesteśmy już blisko celu, jednak wciąż mamy dwa dni do umówionego terminu, a przed nami kolejna ulewa. Wjeżdżamy do kolejnego miasteczka, São Marcos da Serra, pchając rower pod zawrotnie stromą górkę. Przylepione jeden do drugiego domki pną się wzdłuż wąskich uliczek. Zrobiło się ciemno. W knajpie pytamy o nocleg. Podobno jest jeden gdzieś za miastem, przy autostradzie, jednak ciężko jest się nam zrozumieć. Jeden starszy pan wstaje od swojego winka i mówi, że nam pokaże. Zza rogu wyciąga swój rower bez przerzutek i ruszamy. Ta podróż po górach i dołach kosztuje go dużo zdrowia, jednak jest bardzo zadowolony, że pomógł, a my po raz kolejny wzruszeni.W zajeździe o nazwie Lisboa – Algarve, pod okiem przemiłej gospodyni i jej córki przeczekujemy deszcze i ruszamy do São Bartolomeu de Messines. Tam swoim starusieńkim peugocikiem wyjeżdża nam na przeciw niemłoda, lecz pełna życia Susan. To już jednak inna historia…

 

(Visited 132 times, 1 visits today)

2 Comments

  1. Joźin March 8, 2017 at 1:23 pm

    I love you, you & howhowyou!

    Reply
    1. Ania Krasnodebska March 8, 2017 at 4:07 pm

      We love you and howhowyou love you too. Trzymaj kciuki za nas, mamy tu małe turbulencje!

      Reply

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *