Phnom Penh – małe duże miasto

Phnom Penh nie cieszy się najlepszą opinią wśród podróżników. Jadąc przez Kambodżę, słyszymy, że “nie warto”, “brzydko” i “nic tam nie ma”. My, ze względu na wizę do Wietnamu, miasto tak czy inaczej odwiedzimy. I tutaj niespodzianka. Może dlatego, że tyle się nasłuchaliśmy i nie mamy żadnych oczekiwań, może dlatego, że prawie dwa tygodnie spędziliśmy na wsi i w małych miastach. Pobyt w Phnom Penh jest dla nas miłym zaskoczeniem, ale także odmianą od metropolii z wieżowcami jako azjatyckiego standardu. Nie wiemy, co dokładnie ma sobą reprezentować miasto, żeby “coś tam było”, ale udaje nam się znaleźć wystarczająco dużo atrakcji, żeby spędzić tu sześć dni.

Upał jest coraz bardziej do wytrzymania, więc mamy więcej sił i ochoty na spacery. Phnom Penh schodzimy wzdłuż i wszerz. Mimo dużego ruchu panuje tu trochę małomiasteczkowy klimat. Gdy hałas daje się we znaki, można szybko uciec w małą uliczkę i znaleźć się nagle w innym świecie, spacerując pod czujnym ale przyjaznym okiem mieszkańców. Zamach na nasze zmysły jest tu trochę mniejszy niż w innych miastach, no może oprócz bazarów spożywczych, gdzie zapachy to jak zwykle nokaut. Na O’Russey Market wytrzymujemy jakieś 15 minut. Bardzo lubimy wczesne poranki, gdy możemy wmiksować się w tłum Khmerów załatwiających swoje biznesy i okupujących śniadaniowe stragany, po których ślad zaginie jeszcze przed południem.

Taras hostelowej restauracji jest na 5. piętrze, co pozwala nam obserwować z góry ludzkie trasy i codzienne czynności. Jest to na tyle ciekawe, że możemy to robić (i robimy) godzinami. Wydarzenia rozgrywają się nie tylko na poziomie ulic. Tutaj każdy centymetr przestrzeni mieszkalnej jest cenny, więc można obserwować Khmerów gotujących, kąpiących się i relaksujących na swoich balkonach.

phnom penh architecture

burnt phnom penh balcony x fresh prouce seller

lady with laundry basket

phnom penh corner x old lady wearing krama

man relaxing on balcony

street seller with a bike x phnom penh balcony close up

phnom penh shady street view x white monk

W drodze przez Kambodżę odrobiliśmy pracę domową i poczytaliśmy trochę o historii kraju. Przeczytaliśmy też polecone “The Gate” (“Brama”) Francois Bizot’a i obejrzeliśmy “The Killing Fields” (“Pola śmierci”), więc podróżujemy ze świadomością tego, co jeszcze bardzo niedawno rozgrywało się na ulicach Phnom Penh i w całym kraju. Zarówno książka jak i film są świetne, więc przeczytajcie i obejrzyjcie koniecznie, nie tylko wtedy, gdy chcecie odwiedzić Kambodżę.

Bizot, młody francuski etnolog mieszkający w Kambodży, został pojmany przez Czerwonych Khmerów i spędził trzy miesiące w obozie w Anlong Veng. Nawiązał tam bliską relację z tzw. Towarzyszem Douch, później jednym z liderów  Czerwonych Khmerów, który wstawił się za jego uwolnieniem. Relacja Bizota, podobno jedynego przedstawiciela zachodu, który przeżył uwięzienie, jest wyjątkowa również z tego powodu, że widział on rzeczywistość z wielu różnych perspektyw. Widział urodzajny kraj, w którym mieszał wraz z Khmerską żoną i córką prowadząc swoje badania nad buddyzmem. Następnie, podczas uwięzienia, dużo wcześniej niż zachodni świat, dostrzegł prawdziwą naturę działań Czerwonych Khmerów. Spędził dużo czasu na rozmowach z człowiekiem odpowiedzialnym za tortury i śmierć tysięcy ludzi. Był we francuskiej ambasadzie, kiedy Czerwoni Khmerzy wkroczyli do Phnom Penh. Dzięki znajomości języka został pośrednikiem między ambasadą a Czerwonymi Khmerami. Widział, jak piękny kraj, do którego dotarł w latach 60 i który opuszcza jako jeden z ostatnich obcokrajowców w 1975 uległ całkowitej dezintegracji. Po latach wraca do Kambodży, żeby zobaczyć miejsca i ludzi z przeszłości.

Po Świętach idziemy obejrzeć Tuol Sleng Museum, czyli dawne więzienie S-21, założone przez Czerwonych Khmerów w opuszczonej szkole średniej. Naczelnikiem więzenia był ten właśnie Douch. W opustoszałych salach w nieskończoność ciągną się zdjęcia tysięcy więźniów skrupulatnie fotografowanych po przybyciu do obozu, z których tylko garstce udało się przetrwać. Wychodzimy zupełnie rozbici i błąkamy się przez godzinę po ulicach zanim odzyskamy przytomność.  Przerażające jest to, jak trudno oddzielić dobro od zła. Zrozumieć, dlaczego człowiek, który pokazuje Bizotowi swoją “ludzką” stronę i wstawia się za nim, może jednocześnie torturować innych więźniów w imię dobra kraju. Dlaczego wrogiem może być nie tylko obcy, ale też własny sąsiad i jego rodzina. Te dwa słowa tracą tutaj sens i znaczenie. Patrząc na starsze osoby na ulicach zastanawiamy się nad ich myślami. Uśmiechniete twarze dookoła jakby chciały świadczyć o tym, że może mimo wszystko lepiej podjąć wysiłek, żeby żyć w teraźniejszości.

tuol sleng prison

(Visited 194 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *