Najlepsze laotańskie jedzenie i wodospad, którego nie było

“Gdy się spieszysz, zbocz z trasy” to przydatne motto. Zdarza mi się wpaść w pułapkę pod tytułem “byle dalej i więcej” i planować zaliczanie kolejnych miast, regionów, państw. Taka podróż traci sens i zamienia się w festiwal zachłanności. W centralnym Laosie wciąż spieszyło nam się do Vientiane. Najpierw, w Tha Khaek, myśleliśmy: “byliśmy już w jaskiniach, trochę nam nie po drodze, może w takim razie ominąć Kong Lo?” Z Kong Lo znowu kusił bezpośredni autobus do stolicy. Marcin nakręcił się jednak na znajdujący się po drodze rezerwat Nam Kading i zatrzymał moje rozpędzone plany. “Jedna z najczystszych rzek w Laosie” brzmiało jak obietnica kolejnego raju i wystarczyło, żeby odwrócić uwagę od północy kraju. Tym bardziej, że pluskanie się w każdym możliwym zbiorniku wodnym stało się moim ulubionym zajęciem w suchym o tej porze roku Laosie.

Wsiadamy więc w bezpośredni autobus do Vientiane, ale po drodze zatrzymujemy się w Pak Kading. Nocowanie w tym nijakim miasteczku, w jedynym marnym i drogim hoteliku, okazało się mieć ogromny plus w postaci pobliskiej restauracji z lokalną kuchnią. Taka knajpa to właściwie biały kruk, bo Laotańczycy dużo jedzą w domu, a na mieście można znaleźć zazwyczaj tylko część asortymentu – grill, przekąski albo stragany z zupą. Krajowe specjały, jak mięsna “sałatka” laap, są przygotowywane raczej na duże okazje. Do tego dochodzą restauracje dla turystów, w których podawane są przede wszystkim azjatyckie standardy – smażony ryż, curry i stir-fry, a do tego podróbki zachodnich dań. W wielu wcale nie łatwo jest znaleźć niezmodyfikowane laotańskie dania. Tutaj, nie dość, że czysto i przyjemnie, jedzenie jest tylko lokalne, podawane tak jak trzeba, menu jest wykaligrafowane ręcznie w dwóch językach, to jeszcze wszystko jest naprawdę dobre. Win, win, win! W związku z tym dwa dni stołujemy się tylko w tej knajpie. Jemy pyszne zupy, w tym oczywiście ulubioną foe, czy już wspominałam, że jest wspaniała? Jak zwykle próbujemy zabójczo pikantnej sałatki z zielonej papai. Szczególnie dobre jest koy paa, czyli podobna do laap sałatka z ryby, świeżych ziół i chrupiących warzyw. Do dań podawane są obowiązkowe laotańskie dipy (jaew), w których macza się kulkę sticky rice i chrupiące warzywa do pogryzania. W laotańskiej kuchni wszystko doskonale się harmonizuje. Podaje się trochę suchego i trochę mokrego, trochę gotowanego i trochę świeżego. Surowizna stanowi przeciwwagę dla pikantnych sosów i sałatek. Laotańczycy doceniają też smak gorzki, który w postaci surowych mini bakłażanów, pędów bambusa, czy niektórych liści aktywuje soki trawienne. Po bliższym przyjrzeniu się widzimy, że ta kuchnia wcale nie jest prymitywna, ale genialna w intuicyjnej kompozycji smaków i tekstur.

20140227-IMGP2474-pak kading restaurant koy paa

20140228-IMGP2539-pak kading restaurant foe

Jedzenie jedzeniem, ale pamiętamy cały czas o wycieczce nad rzekę, a właściwie do wodospadu. Łapiemy więc autobus do sąsiedniej wsi, gdzie od razu spotykamy dziadka chętnego przetransportować nas na swojej łódce. Chciałabym dowiedzieć się, czy w porze suchej nie jest za płytko żeby się tam dostać, i czy w ogóle funkcjonuje tam teraz jakiś wodospad. Brak wspólnych języków uniemożliwia wymianę informacji. Ruszamy małą łódką po szerokiej rzece. Jest bardzo płytko i bawoły rozpanoszyły się tu i tam, nigdzie się nie spiesząc. Powoli wpływamy pomiędzy wzgórza porośnięte nienaruszoną dżunglą. Podobno żyją tu nieliczne słonie, tygrysy, gibony, niedźwiedzie, slow lorisy i inne rzadkie gatunki, jednak spotkanie ich graniczy z cudem.

20140227-IMGP2482-nam kading river

20140227-IMGP2499-nam kading river NPA

Rzeka robi się coraz węższa, przed nami pojawia się malutka kaskada, a kilkaset metrów dalej widać kolejną, nieco większą. Dziadek cumuje łódkę i pokazuje palcem w górę rzeki. W jaskini Kong Lo w takich miejscach wysiadaliśmy z łodzi i dwóch “wioślarzy” wciągało łódkę wyżej. Dziadkowi jednak nie spieszy się do takich wyczynów. Zastanawiam się, czy widoczna w oddali kaskada kwalifikuje się jako wodospad. Nie ma wyboru, trzeba wspinać się dalej w upale po skałach choć mamy na sobie sandały i japonki. Dziadek idzie spać w cieniu dużego kamienia. See you later! W oddali widzimy piszczącą z radości młodzież dzierżącą Beerlao, najwyraźniej nie bali się wciągnąć łodki. Powoli docieramy do kaskady. Moja twarz ma już buraczany kolor, a żadnego większego wodospadu nie ma w zasięgu oka. Wodospad, czy nie wodospad, w Laosie wielkie ambicje szybko wyparowują w upale. Tu jest pięknie, nie idziemy dalej. Zadowolimy się kąpielą w czystej rzece i mini-piknikiem na skałach z motylami.

20140227-IMGP2500-nam kading river NPA

20140227-IMGP2502-nam kading river NPA

20140227-IMGP2520-nam kading river NPA waterfall

Wracamy łodzią w ciszy. Myślę o tym, że może chciałabym tu zostać na zawsze. Długa podróż to czas i szansa na zrozumienie siebie. Ja potrzebowałam na to pięć miesięcy i pomocy życiowego partnera: “Marcin, czemu ja jestem zodiakalnym bykiem, skoro tak bardzo kocham wodę?”. Marcin, spoglądając na brzeg rzeki, a potem na mnie: “Bo jesteś wodnym bawołem.”

20140227-IMGP2488-nam kading river buffaloes

(Visited 125 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *