Pierwszy smak Laosu

Gdy po południu wybieramy się na obiad, trudno nam wybrać pomiędzy grillowaną padliną na patyku, a ugotowanymi rano zupami i curry stojącymi szeregiem przy drodze w wielkich garnkach. Zdeterminowani, żeby po ciężkiej przeprawie przez granicę zjeść coś bardziej cywilizowanego, siadamy w zamykającej się knajpie i nakłaniamy obsługę do podania nam obiadu. Następnego dnia ruszamy do Tha Khaek, bazy wycieczkowej po centralnym Laosie. Podróżujemy na pace songthaew, małej cieżarówki wyposażonej w ławeczki i brezentowy dach. W trakcie jazdy kobieta obok mnie wyciąga zawiniątko z upieczonym mięsem i kleistym ryżem, a nasze nozdrza atakuje smród rozkładającej się materii organicznej. Myślę sobie, że pewnie mijamy jakieś wysypisko śmieci. Jednak gdy po kilkunastu minutach kobieta znowu wyjmuje zawiniątko z jedzeniem, a dookoła pojawia się smród wędzonej ryby i kontenera na śmieci, pozbywam się swych wątpliwości. Jednocześnie, siedząca na przeciwko nas wielopokoleniowa rodzina spożywa importowane z Tajlandii ciasteczka. Babcia, w zupełnie naturalny sposób, odłamuje i przeżuwa małe kąski, a następnie aplikuje papkę wnuczkowi. Początkowe obrzydzenie ustępuje miejsca myśli, że to przecież całkiem pierwotne i niegroźne.

Po drodze pusto i pięknie. Z przewiewnego songthaew obserwujemy teren – wieś, zieleń, rzeki i góry, czyli to na co czekaliśmy. Cztery godziny drogi i jedna przesiadka przenoszą nas z chłodnego Lak Sao do wyprażonego w słońcu Tha Khaek. Moje marzenie o cieple spełniło sie w dwustu procentach. Po ostatnich tygodniach marznięcia i rogrzewania się, upał jest kolejnym szokiem dla organizmu. Powoli oswajamy się z krajem, zaczynając od leniwych spacerów po mieście.

20140223-IMGP2075-tha khaek watermelons

20140221-IMGP1829-tha khaek colonial street

20140222-IMGP2064-tha khaek town street

20140221-IMGP1826-tha khaek old house

Wzdłuż drogi ciągną się stragany z arbuzami. To zabawne, że te kule gromadzące słodką wodę pojawiają się zawsze w upalnych i suchych miejscach. Mijamy kobiety nadal noszące tradycyjne sarongi. Nikt tu nie woła hello, więc uczymy się mówić: sabajdiii! Mijamy też boisko, gdzie mimo upału grają w ka taw, czyli rodzaj siatkówki z rattanową piłką. W tej grze zamiast rąk używa się stóp, kolan, klatki piersiowej i głowy.

20140221-IMGP1843-tha khaek ka taw

Mam wątpliwości, czy z lokalnej kuchni da się wybrać coś poza “dziczyzną” grilowaną na patyku. Na szczęście szybko okazuje się, że nie trzeba ograniczać się do menu w guesthousie. Mijamy wiele straganów z ogromnym moździerzem, gdzie przekąsić można pikantną sałatkę. Wracamy do tajskich smaków i ostrości. Po delikatnej wietnamskiej kuchni znów muszę przyzwyczaić się do chilli – pierwsza sałatka z makaronem i pomidorami zawiera trzy zmiażdżone papryczki i łzy ciekną mi po twarzy. W innym miejscu próbujemy klasycznej wersji z zieloną papają – tym razem proszę już o jedną papryczkę. Świeży, zielony smak walczy o pierwszeństwo z intensywnym aromatem fermentowanej pasty rybnej, dając niespodziewaną kombinację, która jednocześnie przyciąga i odpycha.

20140221-IMGP1810-tha khaek mortar salad stall

20140221-IMGP1815-tha khaek spicy noodle salad

Centrum miasteczka leży nad Mekongiem. Można tu przy jednym ze straganów zjeść lunch z widokiem na Tajlandię. Początkowo omijamy je, podobnie jak pozostała garstka turystów, jednak okazuje się, że nie ma się czego bać. Zamiast ptaszków, żab, czy innych nietoperzy można wybrać rybę nafaszerowaną trawą cytrynową. Dzięki temu, że leży nad gorącym węglem, nie dobierają się do niej muchy. Właścicielka stoiska może też przyrządzić sałatkę z długiej zielonej fasolki i pachnących słońcem pomidorków. Do tego sticky rice, piwo i posiłek gotowy. Obiad jest smaczny, świeży i różnorodny, a kosztuje pięć dolarów.

20140222-IMGP2062-tha khaek mekong barbecue stalls

20140222-IMGP2058-tha khaek grilled fish stuffed with lemongrass

20140222-IMGP2053-tha khaek long bean tomato salad
Tym sposobem oswajamy się z podstawami laotańskiej kuchni. Surowe warzywa w Tajlandii chrupaliśmy podane do sałatki jak i półsurowe podsmażone parę sekund na woku. Mam wrażenie, że w Laosie miłość do surowizny jest jeszcze większa i ciągle pogryza się tu kapustę i inne liście, ale też warzywa, których w Polsce nikt nie odważyłby się zjeść na surowo, jak zielona fasolka, czy malutkie bakłażany. Sticky rice, czyli kleisty ryż, to baza większości posiłków w kraju. Dla mnie jest pyszny, więc cieszę się, że będę tu mogła jeść go na okrągło. Ryż podaje się w bambusowych koszyczkach, z których odrywa się kawałek prawą dłonią i lepi w kulkę, zagryzając nią posiłek lub maczając w curry czy zupie. Przykryty pokrywką ryż stygnie powoli i nie wysycha. Beerlao to duma narodowa, i być może jedyny towar eksportowy kraju. Naprawdę dobre piwo.

20140221-IMGP1805-beerlao
Na śniadanie wybór jest prosty – każdy stragan podaje zupę foe, czyli lokalną wersję wietnamskiego klasyka. Mam nadzieję, że nie czyta nas żaden obywatel Wietnamu, bo muszę przyznać, że laotańska wersja smakuje mi dużo bardziej i nie mogę się nią nasycić. Wiosłuję z zadowoleniem, zastanawiając się, czy nie zamówić drugiej miski. Makaron jest twardszy i węższy, a wywar bardziej kwaśny, pływają w nim też kawałki pomidorów. Całość smakuje bardziej świeżo. Laotańczycy, inaczej niż Wietnamczycy, zagryzają zupę liśćmi sałaty i ziół. Ja wietnamskim zwyczajem topię je w misce.

20140224-IMGP2223-tha khaek foe stall
W mieście panuje spokój i senna atmosfera. Napędzeni wietnamską aktywnością, potrzebujemy czasu, żeby przyzwyczaić się do laotańskiej powolności. Na początku nie bardzo możemy wczuć się w nastrój. Laotańczycy wyznają najstarszy odłam buddyzmu, therevada, ten sam co ich sąsiedzi, Kambodża i Tajlandia. Według przewodnika jest to jedna z najbardziej wyluzowanych nacji na świecie. Wyobrażaliśmy sobie to trochę inaczej, bo zamiast radosnej energii początkowo widzimy tylko zastój i obojętność. Przygaszenie emocji jest w zgodzie z buddyzmem, ale wydaje nam się pociągnięte poza sensowne granice. Kiedy skrajny katolicyzm gloryfikuje cierpienie, buddyjskie unikanie skrajności wydaje się prowadzić do bezwolności. Wpadamy w tę samą pułapkę, co większość ludzi zachodu. Oglądam dokument o Kambodży, który wspomina, że postrzeganie Khmerów jako potulnych i pasywnych (“docile and passive”), przyniosło im wiele nieszczęść. Mieszkańcy Laosu są pod tym względem bardzo do Khmerów podobni. Tymczasem brak kultu aktywności i przebojowości może być przecież odświeżający, działać leczniczo na przeżarte ambicjami i oczekiwaniami nadpobudliwe zachodnie umysły. My powoli znów wsiąkamy w nastrój i zaczynamy doceniać delikatniejsze emocje, spokój i równowagę i nawiązywać pierwsze nieśmiałe kontakty z tymi łagodnymi ludźmi.  Nie możemy się już doczekać ruszenia w kraj. Laos zapowiada się znakomicie.

20140221-IMGP1855-tha khaek side street

(Visited 74 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *