Pożegnanie z Laosem

Pożegnania nie są naszą mocną stroną. Zanim się obejrzymy, czas ruszać dalej, a plany żeby “tylko” spróbować jeszcze jednej nowej potrawy / kupić zapas lokalnego oleju kokosowego / wybrać się na druga stronę tamtego ładnego wzgórza etc… szybko rozmywają się i po wspaniałym miejscu zostają tylko wspomnienia. Bo jak tu się żegnać, jeśli nie wiadomo, kiedy znów się zobaczymy i czy w ogóle? Skacząc z miejsca na miejsce nie ma czasu żeby się przywiązać, jednak im dłużej gdzieś się zasiedzieliśmy, tym trudniej było nam w końcu spakować plecak i ruszyć dalej bez łezki w oku.

Pożegnać nie mogliśmy się z kilkoma miejscami w Laosie i z szacowanych trzech tygodni zrobił nam się miesiąc, a w końcu półtora. Chętnie byśmy tu jeszcze posiedzieli, ale musimy gonić na granicę, bo naszej przedłużanej już wizie kończy się kolejny termin ważności. Ostatnie dwa dni spędzamy przede wszystkim w autobusach podróżując krętymi górskimi drogami z Phongsali w kierunku Tajlandii mijając niezwykle ciekawe i dzikie obszary Laosu. Wiem, że chcę tu jeszcze wrócić i zobaczyć więcej. Czuję, że to pożegnanie, jednak nie mam już prawie czasu, by spróbować, zobaczyć, zatrzymać się. Przez te dwa dni głównie czynimy obserwacje przez okno autobusu, widząc coś na kształt Laosu w pigułce. Patrzymy na masowy wyrąb i wypalanie dzikich lasów, schwytane w niewolę slow lorisy, kobiety różnych plemion schodzące z gór na handel, znane i nieznane gatunki zwierząt upieczone na grillu, wioski bambusowych chat, bary z zupą, piękne krajobrazy oraz wszechobecny spokój i luz. Ten kraj to czasami mieszanka rzeczy zachwycających i zatrważających, więc staramy się nie oceniać ich według zachodnich standardów i podjemujemy próbę zrozumienia.

20140403-IMGP5106-on the bus to udomxai

Jedziemy rozklekotanym autobusem wyładowanym workami z ryżem. Przy drodze rolnicy wystawiają swoje zbiory i regularnie zatrzymujemy się, żeby zrobić zakupy albo obejrzeć schwytane dzikie gatunki. Do autobusu wędrują wielkie arbuzy, torby bambusowych pędów, worki bakłażanów oraz pieczone ptaszki, gryzonie i ssaki. Jak zwykle zadziwia mnie spokój malutkich dzieci w podróży, które cichutko śpią uwieszone w ramionach matek. Dwie młode kobiety wracają do autobusu ze zwierzęciem przypominającym łasicę. Jest wypatroszona, sztywna i wygląda jak zabalsamowana mumia. Zaczepiona na sznurku, który dziewczyny przywiązują do fotela przed sobą, wesoło podskakuje na zakrętach i wybojach.

20140403-IMGP5113-on the bus to udomxai

W czasie jednej z przerw wysiadam, żeby przyjrzeć się mniejszościom etnicznym na prowizorycznym targowisku. Przedzierając się przez załadowany autobus odkrywam pod jedną z par siedzeń ułożoną w równym rządku “rodzinę” martwych gryzoni i ptaszków, pewnie obiadową zdobycz. W końcu wydostaję się na zewnątrz, gdzie kobiety w tradycyjnych strojach od razu zauważają jedynych turystów i biegną do mnie żeby sprzedać rękodzieło. Wydaje mi się, że to inna podgrupa Akha, różniąca się strojem i poziomem nieśmiałości od odwiedzonych przez nas plemion. Kiedy tamte kobiety ukrywały się przed naszym spojrzeniem, te bez zażenowania zawiązują na moich nadgarstkach bransoletki i wkładają w dłonie kolczyki i tradycyjne fartuszki.

20140403-IMGP5092-northern Lao tribe women

20140403-IMGP5096-northern Lao tribe women

20140403-IMGP5089-northern Lao tribe women

20140403-IMGP5097-northern Lao tribe women

W Udomxai idziemy na ostatnią porządną kolację do restauracji Souphailin. W uroczej, rozsypujące się chatce ukrytej w gąszczu zieleni, właścicielka sama gotuje, obsługuje gości i zajmuje się dzieckiem. To właściwie kwintesencja laotańskiego posiłku w rodzinnej knajpce, na który nigdy nie należy przychodzić na godzinę przed odjazdem. Ani nawet półtora. Kuchnię prowadzi zazwyczaj sama żona, przygotowując dania kolejno jedno po drugim. W międzyczasie potrafi jeszcze wyjść na pobliski stragan, zeby dokupić brakujący składnik. Dookoła harcują zajęte sobą dzieciaki. Czekając na zamówienie można rozsiąść się na krześle lub podeście wyłożonym poduchami, czasem nawet rozłożyć w hamaku, poczytać książkę, sączyć Beerlao i być szczęśliwym.

W Souphailin można spróbować tradycyjnych potraw z północy, na przykład pysznej suszonej wołowiny z ziołami albo zdecydować się poraz kolejny na wszechobecnego laapa. Kilkuletni gospodarz lokalu ucztuje z nami, zwinnie nagarniając kawałki jajka na kleisty ryż i pokrywając rysunkami nasz przewodnik.

20140403-IMGP5118-souphailin restaurant udomxai

20140403-IMGP5137-souphailin restaurant udomxai dried beef

20140403-IMGP5120-souphailin restaurant udomxai_

20140403-IMGP5132-souphailin restaurant udomxai laap

Ostatni dzień to mozolna wędrówka kolejnym wypełnionym po brzegi starym busikiem w stronę tajskiego Chiang Khong. Czas płynie bardzo powoli kiedy bus z trudem pnie się pod górę i wolniutko zjeżdża z pagórków. Całe szczęście, bo dosłownie co dwadzieścia kilometrów mijamy kolejnego zepsutego lub przewróconego chińskiego tira, który nie wyrobił się na ostrym zakręcie. Przy jednym z nich, rozbite arbuzy tworzą na szosie krwawą scenerię. Po południu docieramy do granicy i zanim się obejrzeliśmy, Laos pozostał po drugiej stronie Mekongu. Kraj żegnamy  z uczuciem niedosytu, ale też ekscytacją, że niedługo wracamy do domu. Drogi Laosie, już tęsknię!

(Visited 127 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *