Rutyna w raju

Na Krecie znaleźliśmy cudowne miejsce. Jest tu na tyle fajne, że na trochę możemy zapuścić korzenie. Mieszkamy tuż obok Ano Kalesa, malutkiej wsi oddalonej o ok. 15 km od Iraklionu. Jak nazwa wskazuje (ano to po grecku ‘powyżej’), mieszkamy na wzgórzu. Ta część Krety wygląda jak zgięta w harmonijkę: prostopadłe grzbiety ciągną się kilometrami w głąb wyspy, pomiędzy nimi – głębokie doliny. Widoki z okien i okolicy są niesamowite: morze, gaje oliwne, pasma wzgórz oraz w tle potężna góra, a u jej podnóża malowniczo wyglądające miasteczko Krousonas.

Ano Kalesa balcony view

Crete workaway balcony view-3917

Crete workaway Ano Kalesa surroundings-3886

the house-3958

Crete workaway seaview-3883

Crete workaway Ano Kalesa breakfast-4546

Wszędzie w okolicy słychać śpiew ptaków, w słoneczne dni pojawiają się motyle, a wraz z nadchodzącą wiosną kwitnie coraz więcej kwiatów. Jest ciepło. W gorące dni da się nawet wykąpać w morzu (w lutym!). Ludzie dookoła nas są życzliwi i ciekawi, do tego nieźle mówią po angielsku, więc możemy się lepiej poznawać. Gospodarze przyjęli nas jak dobrych znajomych — dostaliśmy prywatny pokój z łazienką i balkonem z najlepszym widokiem, możemy wspólnie gotować i jeść, pracować, odpoczywać oraz bawić się, gdy tylko znajdzie się okazja. Nikt nam nie mówił co mamy robić i kiedy, mogliśmy przejmować zadania sami, we własnym czasie, stopniowo i naturalnie. To wszystko, oraz możliwość wykonywania prac które nam odpowiadają (uprawa warzyw, zajmowanie się zwierzętami, pomaganie w działaniach kooperatywy rolników), skłoniły nas do zmiany planów i zamiast półtora miesiąca, zostaniemy tu trochę dłużej.

Jednak jakoś tak powolutku, pomalutku, poczuliśmy, że popadamy w rutynę. Budziłam się zła, że już późno i zwierzęta czekają. Poranną medytację robiłam na odwal się. Na zabójcze widoki z okien ledwo rzucałam okiem. W złości wyciskałam sok, którym jeszcze niedawno tak niezmiernie się zachwycałam. Idąc do zwierząt marudziliśmy, że znów wieje wiatr i kłóciliśmy się o to, kto przyniesie gałęzie, i kto będzie przechodzić przez ogrodzenie do drugiej części zagrody.

Rutyna nam nie służy. Gdy dni stają się takie same, robimy się markotni i mało co sprawia nam przyjemność. Istnieją tacy, dla których spotykanie tych samych ludzi na tym samym przystanku o dokładnie tej samej porze każdego dnia jest przyjemne — daje poczucie rytmu, bezpieczeństwa i pewności. Ja odbieram to jak powolne, bolesne umieranie. Pewnie właśnie dlatego wybraliśmy życie w podróży i zaglądanie w nieznane miejsca. Wolimy ruch i różnorodność. Ale nawet nam, od czasu do czasu, potrzeba trochę odpoczynku. Chcemy się gdzieś zagłębić i budować relacje z ludźmi i miejscem. Tak powstaje pytanie: jak pogodzić te potrzeby i być zadowolonym?

Trochę zgorzkniali, narzekający i kłótliwi, stoimy przed zagrodą. Wtedy, nawet w najgorsze dni, nasza energia zmienia swoją jakość. Mimochodem łagodnieję i na twarzy pojawia mi się uśmiech. Patrzę na kury, które cierpliwie czekają za ogrodzeniem na dzienną dawkę zieleniny. Nic nie szkodzi, że znowu jesteśmy spóźnieni. Panie owce mają umiejętność rozbroić mnie swoja łagodnością, choćby nie wiem co. Wchodzimy do koziego żłobka i głaszczemy mamy kozy i maluchy. Patrzymy jak śpią przytulone, uczą się skakać, podgryzają nasze spodnie i podejmują pierwsze, niezbyt skoordynowane próby bodzenia swoimi zalążkami rogów. Słuchamy jak beczą gdy mama zniknie z zasięgu wzroku i cieszymy się na głośne ‘meee’ odpowiedzi matek. Śmiejemy się z oburzonego gdakania kur, które musimy przesunąć by zabrać złożone jajka.

W drugiej części zagrody, mała kózka stoi na plecach wielkiego barana i wspólnie skubią oliwne listki. Sypiemy ziarno, rozkładamy siano i wieszamy gałęzie jednocześnie przeganiając głodne głowy wypychające się do wiader i wyrywające nam z rąk gałązki. Buchający testosteronem kozioł biega w tą i z powrotem, zaczepia inne zwierzaki i szuka kłopotów. Pan owca, czyli tona futra na czterech nogach, nigdy nie da się przesunąć znad karmnika. Muszę sypać mu ziarno po głowie. Gdy obracamy się, koziołki już zwiały zwiedzać zagrodę kurczaków, a Lima udaje, że jest jedną z nich i goni za przestraszonymi młodymi, albo udaje, że jest kurą i wyjada świeżo nasypane ziarno.

Crete workaway baby goats-3940

Crete workaway sheep ladies-4548

Crete workaway baby goats-4079

Crete workaway mr sheep-4123

Crete workaway baby goats-4083

Crete workaway baby goats-4099

Zostajemy tam jak zwykle trochę za długo, ponieważ kochamy te zwierzęta i to jak przeżywają każdą minutę z wdziękiem, a czasem całkiem komicznie. Stąd bierze się moje przyrzeczenie, żeby być z tej samej drużyny. Budzić się każdego dnia i rzeczywiście zauważać ten mały raj w którym mogę mieszkać. Gapić się na widoki z okna, w drodze do kuchni zatrzymać się nad balkonową szklarnią i powiedzieć cześć sadzonkom pomidorów, bakłażanów i papryk, które bronię przed inwazją ślimaków. Cieszyć się każdą szklanką soku ze świeżych pomarańczy i obecnością człowieka, który przepedałował tu ze mną przez pół Europy. Bawić się z Limą i z przesłodkimi dobermanami naszych gospodarzy. A im, przed wyjściem, szczerze życzyć dobrego dnia. Cieszyć się, że nikt mnie nie ciśnie i zapomniałam już co to deadline. Że mogę jeść domowy chleb, lokalne sery graviera i mizithra, świeże awokado i oliwki wszelkiej maści. Że wychodząc na dwór nie muszę zakładać kurtki. Łatwo myśleć, że gdyby tylko życie zmieniło się na lepsze, to już na pewno będziemy zadowoleni. Ale to gówno prawda. Nawet w raju można być starym, zgorzkniałym capem. Nastawienie zmienia wszystko. Po której chcesz być stronie? Raz, dwa, trzy, decydujesz Ty.

(Visited 80 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *