Spod kół na stół, czyli festiwal roadkill w Zachodniej Virginii

Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy razem do Stanów, w Warszawie, w kategorii kuchnia egzotyczna, jeszcze królowały pseudo-wietnamskie budki i zaczynał się wielki szał na sushi. Wygłodniali nowych smaków i oczarowani szerokim wyborem, rzucaliśmy się na wszelkie kuchnie etniczne, tex-mex, barbecue i bufety all-you-can-eat, których nie dane nam było spróbować w domu. To było dziewięć lat temu i od tego czasu trochę się w naszych zwyczajach żywieniowych zmieniło — przede wszystkim jemy mniej w knajpach i bardziej cenimy sobie to, co przygotowane w domu, z dobrych składników i dobrą energią. Tym razem nasza ciekawość podryfowała więc w inną stronę: kulinarnych tradycji Ameryki. Co jadło się w Ameryce przed erą fastfoodów? Co gotowały Amerykańskie matki swoim dzieciom gdzieś na prowincji, z daleka od wielkich supermarketów? Co na ten temat wiedzieliśmy? Nic.

Ciekawość pierwszy rozbudził wujek Lloyd, który dzieciństwo spędził w Zachodniej Virginii. “Wychowałem się w górach, często wychodziliśmy z matką z domu biorąc ze sobą solniczkę i jedliśmy nasz lunch prosto z okolicznej przyrody.” Wujek, jak wielu Amerykanów, jest także zapalonym myśliwym, dobrze zna się na dzikiej zwierzynie i wiele jej gatunków miał okazję zjeść. Zachodnia Virginia, stan pokryty górami, gdzie dominującym źródłem zatrudnienia były kopalnie węgla, to miejsce obarczone wieloma stereotypami, będące obiektem dowcipów i docinek na temat izolacji, biedy i zacofania. Czas nie płynie tu tak szybko, Starbucksy są ciężkie do znalezienia, a ciągnące się bez końca lasy są pełne dzikich zwierząt. Podobno mieszka tu więcej jeleni niż ludzi. Mieszkańcy stanu są oczywiście bardzo niezadowoleni z malowanego przez ogół obrazu i jednocześnie bardzo dumni ze swojego pochodzenia.

U wujka znaleźliśmy folder o Zachodniej Virginii i informację o Roadkill Cook-off Festival. Co to znaczy? Cook-off to konkurs kulinarny, a roadkill to wszystkie zwierzaki potrącone na drogach. W niektórych stanach, w tym WV legalne jest potrącone zwierzę zabrać do domu i przyrządzić na obiad. Jako, że lasy są tu pełne dzikich zwierząt, często zdarza się, że na stół trafiają potrącone czy upolowane szopy, wiewiórki, jelenie, dziki, króliki, oposy, świstaki, bażanty, dzikie indyki, gęsi, przepiórki, a nawet niedźwiedzie. A przynajmniej zdarzało się w przeszłości, bo wydaje się, że ten konkurs kulinarny to teraz już bardziej ekscentryczna ciekawostka i wspomnienie dawnych lat, niż upublicznienie domowych obiadów. Tak czy inaczej, wiedzieliśmy, że chcemy ten festiwal odwiedzić.

USA West Virginia

W drogę ruszyliśmy razem z zapoznanym dosłownie tydzień wcześniej Sean’em. Im dalej w Zachodnią Virginię, tym ciekawiej było nam obserwować coraz piękniejsze krajobrazy, jak i przydrożne general stores, mikro stacje benzynowe z dwoma dystrybutorami, drive-through kioski z napojami, czy sklep z artykułami żelaznymi i wypchanymi zwierzętami w jednym. Następnego dnia przejechaliśmy przez strefę bez sygnału, gdzie mieści się obserwatorium astronomiczne i na obszarze wielu mil nie działają ani telefony, ani internet.

USA West Virginia Marlinton

Pięknie położone miasteczko Marlinton w hrabstwie Pocahontas(!), przywitało nas pod koniec września bezchmurnym niebem, prawdziwym skwarem i tłumami ludzi. Na co dzień mieszka tu około tysiąca osób, ale w ten jeden dzień roku zjeżdża się dodatkowe kilka tysięcy entuzjastów dziczyzny. Choć upał doskwierał mocno, a Lima rozpaczliwie szukała cienia nie chcąc nawet spróbować tacos-ów z niedźwiedzia, dzielnie odstawaliśmy swoje w kolejkach do każdego stanowiska obserwując przechadzającą się tu i tam Miss Roadkill i Miss Grandma Roadkill. Mimo, iż wiedzieliśmy, że tak naprawdę zwierzyna nie musi pochodzić z pod kół, a jedynie z listy zaakceptowanych gatunków, byliśmy nieco rozczarowani, że większość kucharzy oferowała tylko kilka powtarzających się rodzajów mięsa. Jest to jednak zrozumiałe ze względów logistycznych, że do przygotowania kilku tysięcy próbek łatwiej jest przygotować jelenia niż tysiąc wiewiórek…

Prawie we wszystkich oferowanych daniach mięso było mielone i przygotowane w postaci gulaszy i potrawek, tacosów, pulpecików, czy farszu. Spróbowaliśmy dań z jeleni, dzików, niedźwiedzi, dzikiego ptactwa, żółwi, żab, a nawet z przywiezionej z Kalifornii iguany. Wiele z nich niestety rozczarowało nas w smaku, łącznie z niedźwiedzim tacos, jerky (które bardzo lubimy) z jelenia i obrzydliwą potrawką z żółwii. Moim faworytem zostały bezsprzecznie klopsiki z jelenia, dzikich ptaków i wieprzowiny z fantastycznym kolendrowym sosem. Mam listę jego składników i muszę kiedyś zrobić coś podobnego. Drugie miejsce to wontony z farszem z jelenia od azjatycko-amerykańskiej pary, które wygrały konkurs. Marcin nie zgodził się ze mną i zagłosował na tacosy z iguany.

W drodze powrotnej, karmiąc oczy widokami, porównywaliśmy swoje opinie. Idea jedzenia dzikich zwierząt, których liczebność jest bardzo duża i nie zagraża wyginięciem, nam osobiście jawi się jako najlepsza opcja jeśli chodzi o mięsożerną dietę. Unikamy tu kosztów finansowych i środowiskowych hodowli zwierząt, nie trzymamy ich w niewoli, a do tego dbamy o zdrowie, jedząc gatunki mieszkające w swoim naturalnym środowisku i naturalnie żywione. Jeśli do tego korzystamy z mięsa, które miałoby zepsuć się na drodze, uważamy, że jest to najbardziej ekologiczna i etyczna opcja jaka istnieje. Pamiętamy też czasy w Polsce, kiedy potrąconego na drodze zająca zabierało się do domu na pasztet. A co sądzicie Wy?

Virginia viewpoint

(Visited 104 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *