Szczęśliwe zbiegi okoliczności i piękne zimowe Cascais

Jesteśmy na warszawskim Okęciu, zmęczeni i zestresowani po wyprowadzce, pakowaniu i bezsennej nocy. Jednocześnie czujemy radość i tę niepodrabialną ekscytację kolejnym skokiem w nowe. Zadowoleni, że oba pudła z rowerami, plecaki i pies zmieściły się w limicie kilogramów, pakujemy je z powrotem na wózki i powoli toczymy do punktu nadania gabarytów. Za mną słyszę kobiecy głos wołający: “Hej!” Odwracam głowę i w kolejce którą właśnie opuściliśmy, stoi dziewczyna z psem w klatce. Uśmiecha się do nas.  “Cześć! Ja też lecę z psem! A co macie w tych pudłach?”. “Rowery” odpowiadam. Ona na to: “Ja to trochę tak samo jak Wy! Tylko mój rower jest w Portugalii”. Fajnie, myślimy, może pierwszy raz Lima będzie miała towarzystwo w samolocie. Jednak jeszcze nie wiadomo, czy Karolina dostanie się na nasz lot. Poprzedniej nocy była już na lotnisku na inny, jednak zapomniała psiego paszportu i musiała czekać, aż rodzina dowiezie go jej z północnego krańca Polski. Lot na który została przebukowana nie doszedł do skutku, bo zamarzły komputery w samolocie! Teraz więc trafia na nasz lot, czekając na decyzję w sprawie miejsca dla psa.

Koniec końców udaje nam się lecieć razem i na lotnisku w Lizbonie Karolina oferuje, że może przechować naszą klatkę dla psa rozwiązując w ten sposób nasz długotrwały dylemat co z nią począć. Zaprasza nas też do odwiedzenia Cascais, gdzie pracuje jako instruktor windsurfingu. Rozchodzimy się – ona do domu, my do naszego hosta w Lizbonie. Po paru dniach opuszczamy miasto i jedziemy do Guincho tuż obok Cascais. Wjeżdżamy na ścieżkę rowerową wzdłuż klifów, kiedy słońce powoli zbliża się do horyzontu i nie posiadamy się z zachwytu.

Biwakujemy wprost na pięknej plaży. Noc jest dość chłodna, choć wciąż znośna, ale kiedy sprawdzamy prognozę na kolejne dni, jesteśmy nieco przerażeni. Potem okazuje się, że w Portugalii w tym tygodniu zanotowane zostaną rekordowo niskie temperatury. Tak więc myślimy nad alternatywą dla namiotu. Następnego dnia widzimy się w Cascais z Karoliną i dobra dusza chcąc uchronić nas przed zimnem zaprasza do siebie do domu, który dzieli z trójką współlokatorów.

Dorzucamy się do opłat i na tydzień stajemy się częścią tej małej wspólnoty. Codziennie wpadają znajomi, koledzy którzy przynoszą świeżo złowione ryby. Pijemy sporo taniego i dobrego Portugalskiego wina i gotujemy. Marzniemy i tak, bo ogrzewania czy izolacji w Portugalskich domach często brak, a w dzień otwiera się okna, żeby wpuścić słońce i w tej sposób ogrzać wnętrze. Mamy jednak czas, żeby pozwiedzać okolicę lub po prostu pojechać na klify i na osłoniętej od wiatru ławeczce wygrzewać się w słońcu, podjadając portugalskie sery, chorico, czy soczyste pomarańcze. Bardzo nam się tu podoba – zarówno zabytkowy kurort po sezonie jak i jego piękne okolice. Jedziemy też na przylądek Cabo da Roca – o nim następnym razem. Bojąc się zimnych nocy w namiocie, wybieramy się dalej jak sójki za morze. Czas jednak pożegnać się z Karoliną i ruszyć się na południe, do północnego Algarve. Tam, na małej farmie czekają na nas nowi gospodarze z workaway. Do zobaczenia, piękne Cascais!

(Visited 120 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *