Z Kosowa do Albanii – rowerowa trasa-marzenie i rejs jeziorem Komani

“-Ania! Zrób zdjęcie górom!

-Po co? To jakieś marne pagórki!

-Patrz wyżej, nad chmurami!”

 

Do kosowskiego Peje pojechaliśmy tylko dlatego, że zahipnotyzowało nas znalezione w internecie zdjęcia miasta na tle ośnieżonych szczytów. No i Lonely Planet wspominało coś o sobotnim Cheese Market. Mimo przepytania co najmniej 5 osób w mieście, targu serowego nie znaleźliśmy, a widowiskowe szczyty ukryte były za chmurami. Spotkało nas jednak coś znacznie lepszego – kilka dni przepięknej trasy na pograniczu Kosowa i albańskich Alp. Absolutnie polecamy każdemu, kto wybiera się rowerem na Bałkany! Ze względu na różnice wysokości może jednak tylko w kierunku Kosowo -> Albania…

W Peje decydujemy się na obiad w restauracji w starym, pięknie odnowionym, kamiennym domu, o wdzięcznej nazwie Kulla e Zenel Beut. Do tego, na ukrytym pod winoroślą tarasie można bez problemu ulokować się z psem. Próbujemy między innymi tave, dań zapiekanych w tradycyjnym glinianym naczyniu, będących odpowiednikiem popularnego na Bałkanach, przypominającego ratatouille djuvec.

peje kosovo Kulla e Zenel Beut restaurant tave-2345

peje kosovo-2336

peje kosovo-2351

Rano ruszamy w trasę, początkowo umiarkowanie ciekawą. Po drodze chcemy zaliczyć jeden ze skarbów Kosowa, monastyr Visoki Dečani, który jednak udaje nam się “niechcący” przegapić. Później, podczas postoju odkrywamy, że nasz rowerowy kreator tras (www.brouter.de) uśpił nasze mózgi i wyznaczył nam szlak… promem po jeziorze. Brzmi cudownie, tylko że jest październik i turyści już dawno opuścili Bałkany. Przeszukujemy internet i znajdujemy stronę samochodowego promu. “Wraz z końcem sierpnia zamykamy sezon”. Ups… Mimo to, rejs po jeziorze Komani wygląda na tyle zachęcająco, że podejmujemy szybką decyzję: jedziemy. Znajdziemy sposób, żeby popłynąć, a jeśli nie, zawsze pozostaje nam mordercza i niewiarygodnie długa droga naokoło…

Kiedy skręcamy w stronę granicy albańskiej, zaczyna się najlepsze: brak ruchu samochodowego, super asfalt i boskie górskie widoki. Wspinamy się bardzo powoli na położone na ok. 560 m n.p.m przejście, gdzie podobnie jak przy wkraczaniu do kraju, ponownie trafiamy na najprzyjaźniejszych celników świata. “Jesteście z super kraju, nie musicie wyciągać paszportów, szerokiej drogi!”. Jeszcze chwilka wspinania i reszta dnia to najcudowniejsze zjazdy i krótkie podjazdy w sielankowym otoczeniu albańskich alp. Szokująca jak na Albanię jakość dróg, wielkie szczyty w oddali, soczyście zielone pagórki i pastwiska, krówki milki i brzęczące dzwoneczkami owce blokujące nam drogę. W komplecie pocztówkowy błękit z białymi obłoczkami. Co chwila zatyka nas z zachwytu, chcę robić zdjęcie co trzy sekundy, jednak zjeżdża się teraz tak dobrze, że nie robię ani jednego.

kosovo on the way from peje to albania-2391

kosovo on the way from peje to albania-2362

kosovo on the way from peje to albania-2390

kosovo on the way from peje to albania-2380

kosovo on the way from peje to albania-2398

albanian alps near the border with kosovo-2404

albanian alps near the border with kosovo-2409

albanian alps near the border with kosovo-2411

Zbliża się też nowy rekord kilometrowy i mimo zapadającego zmroku, wstępuje we mnie szatan osiągnięć. Mijamy więc Bajram Curri, jedyne większe miasteczko po drodze, skąd można wyruszyć w góry do spektakularnej (podobno) Valbony.  Zamiast tego, tuż przed zachodem lądujemy w zakazanym Fierze. Szukając drogi do promu znajdujemy getto z kamiennych bloków z powybijanymi szybami, gdzie dzieciaki z ekscytacji gonią nas rzucając kamieniami. Starsi przeganiają gówniarzy, a my dowiadujemy się, że łódź kursuje regularnie o 6 rano. Ufff. W nieco przerażających górskich ciemnościach docieramy na przystań i na szarym żwirze rozbijamy namiot. Podróżowanie rowerami dawało nam cudowną swobodę wstawania o której chcemy i niezależność od godzin odjazdów, ale tu musimy pogodzić się z pobudką po ciemku o nieboskiej godzinie.  Przynajmniej mamy parę kroków na przystanek!

Niezbyt wyspani przez ujadanie bezpańskiego psa przy naszym namiocie, drętwo i po ciemku zbieramy się. Niestety nie wystarcza nam czasu też na śniadanie. Do tego, okazuje się, że przestronny prom, który podejrzewaliśmy o bycie naszym środkiem transportu nigdzie się nie wybiera, a zamiast tego, garść ludzi czeka w ogonku na wejście na starą łódź. Głowimy się jak przetransportujemy i upchniemy na nią nasz tabór, jednak z pomocą kilku mężczyzn wszystko ląduje gdzie trzeba.

Podróż turystyczną łodzią w sezonie ma na pewno swoje zalety. Można wstać 3 godziny później i ruszyć w świetle dnia, a zbieranie kolejnych pasażerów po drodze zamienić na przewodnika, lunch i przystanek kąpielowy. Wybierając lokalny transport można jednak zobaczyć wyłaniające się z mroku zarysy skał i powoli nabierający kształtów i kolorów kanion. Można obserwować pijących z samego rana malutkie łyczki raki współpasażerów, odważanie świeżo złowionych ryb i… wyrzucanie plastikowych butelek prosto do wody. Można przyjrzeć się imponującym, stromym skałom i czekającym na nich na łódź ludziom, zastanawiając się, jak do cholery udało im się znaleźć w tym miejscu razem z tobołami. Można obserwować wysiadających w równie przedziwnych miejscach mężczyzn z workami kukurydzy, kobiety na wysokich koturnach z dzieckiem pod pachą, na które czeka już osiołek i ktoś z rodziny. Można obserwować kapitana, który wychodzi na kolejne przerwy na papierosa, oddając stery znajomym pasażerom. To wszystko w zapierającym dech otoczeniu, które wydaje się być obojętne wszystkim poza nami.

albania komani lake-2416

albania komani lake-2427

albania komani lake-2429

albania komani lake-2434

albania komani lake-2439

albania komani lake-2446

albania komani lake-2456

albania komani lake-2463

albania komani lake cruise with bikes-2468

albania komani lake-2472

albania komani lake-2473

albania komani lake-2475

Z promu wysiadamy ok. 9 rano. To niezwykła jak dla nas godzina na rozpoczęcie pedałowania, zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość zachwytów, które spotkały nas już tego samego dnia. Dzięki dużej ilości czasu udaje nam się jeszcze przebyć 35 niezwykle trudnych kilometrów, w trakcie których pełna dziur droga zasadniczo zjazdowa ciągle znajduje sposób by prowadzić do góry. Rekompensują nam to kolejne dawki boskich widoków okraszonych mocnym zapachem rozgrzanego na słońcu rozmarynu i innych ziół. Potem jeszcze spektakularny zachód słońca już na płaskim etapie do Szkodry. Ach… zdecydowanie kilka najbardziej inspirujących dni naszej podróży.

albania drini river-2488

albania two hungry people and the drini river-2489

albania near vau i dejes-2490

 

 

(Visited 212 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *